- część 1
- część 2
- część 3
- część 4
- część 5
- część 6
- część 7
- część 8
MAŁŻEŃSTWO A OCZEKIWANIA
Rozdział Drugi
Mężczyzna może być szczęśliwy z każdą kobietą, pod warunkiem że jej nie kocha.
Oscar Wilde
Tego dnia trafiła na mnie pewna dziewczynka.
Przybyliśmy z Felipe do tego szczególnego miejsca po całonocnej podroży z Hanoi rozklekotanym, brudnym pociągiem z czasów sowieckich. Nie pamiętam, dlaczego w ogóle udaliśmy się do tej konkretnej osady, ale wydaje mi się, że polecili ją nam jacyś młodzi duńscy wędrowcy.
W każdym razie po hałaśliwej podroży brudnym pociągiem nastąpiła długa, hałaśliwa jazda brudnym autobusem.
Wysiedliśmy z autobusu w oszałamiająco pięknym zakątku, położonym tuż przy granicy z Chinami... odizolowanym, soczyście zielonym i dzikim. Znaleźliśmy hotelik i kiedy wyszłam z niego, żeby rozejrzeć się wokół i rozprostować nogi po podroży, podeszła do mnie ta mała.
Miała dwanaście lat, jak dowiedziałam się później, ale była drobniejsza od wszystkich znanych mi amerykańskich dwunastolatek. Zauważyłam, że jest niezwykle piękna.
Miała ciemną i zdrową skórę, splecione w warkocze lśniące włosy, jej odziane w krotką wełnianą sukienkę ciało było krzepkie i zwinne. Choć trwało lato i dni były parne, jej nogi okrywały jaskrawe legginsy. Przytupywała niecierpliwie plastikowymi chińskimi sandałkami. Kręciła się w pobliżu hotelu już od jakiegoś czasu – zauważyłam ją, kiedy się meldowaliśmy – i teraz, kiedy wyszłam na dwór sama, skierowała się bez wahania w moją stronę.
– Jak się nazywasz? – spytała.
– Mam na imię Liz. A jak ty masz na imię?
– Jestem Mai – odpowiedziała. – Mogę ci to zapisać, żebyś wiedziała, jak się to pisze poprawnie.
– Dobrze mówisz po angielsku – pochwaliłam ją.
Wzruszyła ramionami.
– Jasne. Często ćwiczę z turystami. Mówię też po wietnamsku, chińsku i trochę po japońsku.
– No wiesz? – zażartowałam. – Nie mówisz po francusku?
– Un peu – odparła, rzucając mi szelmowskie spojrzenie. Po czym szybko dodała: – Skąd jesteś, Liz?
– Z Ameryki – odpowiedziałam. A potem, starając się być dowcipna, bo było oczywiste, że ona jest stąd, spytałam:
– A skąd ty jesteś, Mai?
Natychmiast podchwyciła żart i odpowiednio zareagowała.
– Z brzucha mojej matki – odparła, a ja od razu poczułam do niej sympatię.
Mai rzeczywiście pochodziła z Wietnamu, ale później dotarło do mnie, że nigdy nie nazwałaby siebie Wietnamką.
Należała do Hmongów... dumnej, izolowanej mniejszości etnicznej (antropolodzy nazywają to ludnością rdzenną), ktora zamieszkuje najwyższe góry Wietnamu, Tajlandii, Laosu i Chin. Przypominający Kurdów Hmongowie tak naprawdę nigdy nie należeli do żadnego z krajów, które zamieszkiwali. Pozostają jednym z tych najbardziej niezależnych ludów na świecie... są nomadami, opowiadaczami historii, wojownikami, urodzonymi nonkonformistami i prawdziwą zmorą dla każdego narodu, jaki kiedykolwiek próbował ich okiełznać.
Aby zrozumieć, jak niewiarygodne jest trwanie Hmongów na tej planecie, wystarczy sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby na przykład Mohawkowie wciąż mieszkali na północy stanu Nowy Jork, tak jak kiedyś żyli tam przez stulecia, gdyby wciąż ubierali się w tradycyjne stroje, mówili własnym językiem i zdecydowanie odrzucali możliwość asymilacji. Zatem natknięcie się na taką jak ta wioskę Hmongów na początku dwudziestego pierwszego wieku stanowi coś w rodzaju anachronicznego cudu.
Kultura Hmongów pozwala na coraz rzadszą możliwość podglądania ludzkich zwyczajów w dawnej wersji. Krotko mówiąc, nasze rodziny cztery tysiące lat temu zapewne przypominały Hmongów.
Rozdział Drugi
Mężczyzna może być szczęśliwy z każdą kobietą, pod warunkiem że jej nie kocha.
Oscar Wilde
Tego dnia trafiła na mnie pewna dziewczynka.
Przybyliśmy z Felipe do tego szczególnego miejsca po całonocnej podroży z Hanoi rozklekotanym, brudnym pociągiem z czasów sowieckich. Nie pamiętam, dlaczego w ogóle udaliśmy się do tej konkretnej osady, ale wydaje mi się, że polecili ją nam jacyś młodzi duńscy wędrowcy.
W każdym razie po hałaśliwej podroży brudnym pociągiem nastąpiła długa, hałaśliwa jazda brudnym autobusem.
Wysiedliśmy z autobusu w oszałamiająco pięknym zakątku, położonym tuż przy granicy z Chinami... odizolowanym, soczyście zielonym i dzikim. Znaleźliśmy hotelik i kiedy wyszłam z niego, żeby rozejrzeć się wokół i rozprostować nogi po podroży, podeszła do mnie ta mała.
Miała dwanaście lat, jak dowiedziałam się później, ale była drobniejsza od wszystkich znanych mi amerykańskich dwunastolatek. Zauważyłam, że jest niezwykle piękna.
Miała ciemną i zdrową skórę, splecione w warkocze lśniące włosy, jej odziane w krotką wełnianą sukienkę ciało było krzepkie i zwinne. Choć trwało lato i dni były parne, jej nogi okrywały jaskrawe legginsy. Przytupywała niecierpliwie plastikowymi chińskimi sandałkami. Kręciła się w pobliżu hotelu już od jakiegoś czasu – zauważyłam ją, kiedy się meldowaliśmy – i teraz, kiedy wyszłam na dwór sama, skierowała się bez wahania w moją stronę.
– Jak się nazywasz? – spytała.
– Mam na imię Liz. A jak ty masz na imię?
– Jestem Mai – odpowiedziała. – Mogę ci to zapisać, żebyś wiedziała, jak się to pisze poprawnie.
– Dobrze mówisz po angielsku – pochwaliłam ją.
Wzruszyła ramionami.
– Jasne. Często ćwiczę z turystami. Mówię też po wietnamsku, chińsku i trochę po japońsku.
– No wiesz? – zażartowałam. – Nie mówisz po francusku?
– Un peu – odparła, rzucając mi szelmowskie spojrzenie. Po czym szybko dodała: – Skąd jesteś, Liz?
– Z Ameryki – odpowiedziałam. A potem, starając się być dowcipna, bo było oczywiste, że ona jest stąd, spytałam:
– A skąd ty jesteś, Mai?
Natychmiast podchwyciła żart i odpowiednio zareagowała.
– Z brzucha mojej matki – odparła, a ja od razu poczułam do niej sympatię.
Mai rzeczywiście pochodziła z Wietnamu, ale później dotarło do mnie, że nigdy nie nazwałaby siebie Wietnamką.
Należała do Hmongów... dumnej, izolowanej mniejszości etnicznej (antropolodzy nazywają to ludnością rdzenną), ktora zamieszkuje najwyższe góry Wietnamu, Tajlandii, Laosu i Chin. Przypominający Kurdów Hmongowie tak naprawdę nigdy nie należeli do żadnego z krajów, które zamieszkiwali. Pozostają jednym z tych najbardziej niezależnych ludów na świecie... są nomadami, opowiadaczami historii, wojownikami, urodzonymi nonkonformistami i prawdziwą zmorą dla każdego narodu, jaki kiedykolwiek próbował ich okiełznać.
Aby zrozumieć, jak niewiarygodne jest trwanie Hmongów na tej planecie, wystarczy sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby na przykład Mohawkowie wciąż mieszkali na północy stanu Nowy Jork, tak jak kiedyś żyli tam przez stulecia, gdyby wciąż ubierali się w tradycyjne stroje, mówili własnym językiem i zdecydowanie odrzucali możliwość asymilacji. Zatem natknięcie się na taką jak ta wioskę Hmongów na początku dwudziestego pierwszego wieku stanowi coś w rodzaju anachronicznego cudu.
Kultura Hmongów pozwala na coraz rzadszą możliwość podglądania ludzkich zwyczajów w dawnej wersji. Krotko mówiąc, nasze rodziny cztery tysiące lat temu zapewne przypominały Hmongów.
– Słuchaj, Mai, czy chciałabyś dzisiaj być moją tłumaczką? – zagadnęłam.
– Dlaczego? – zapytała rezolutnie.
Hmongowie są znani z bezpośredniego sposobu bycia, więc bez owijania w bawełnę wyjaśniłam jej:
– Muszę porozmawiać z kobietami z twojej wsi o ich małżeństwach.
– Dlaczego? – powtórzyła.
– Bo wkrótce wychodzę za mąż i potrzebuję ich rady.
– Jesteś za stara na małżeństwo – zauważyła Mai życzliwie.
– No cóż, mój chłopak też jest stary – odparłam. – Ma pięćdziesiąt pięć lat.
Przyjrzała mi się uważnie, zagwizdała cicho i oświadczyła:
– No tak. Szczęściarz z niego.
Nie jestem pewna, dlaczego Mai postanowiła mi pomoc tego dnia. Z ciekawości? Z nudów? W nadziei, że dam jej parę groszy? (Co oczywiście zrobiłam.) Nieważne dlaczego, ważne, że się zgodziła. Pokonawszy strome wzniesienie, dość szybko dotarłyśmy do kamiennego domu Mai, który był maleńki, okopcony, z kilkoma okienkami i tkwił w najpiękniejszej dolinie rzeki, jaką można sobie wyobrazić. Dziewczynka wprowadziła mnie do środka i przedstawiła grupie kobiet. Wszystkie były zajęte tkaniem, gotowaniem i sprzątaniem. Od razu zaintrygowała mnie babka Mai. Miała około metra trzydziestu wzrostu i była najbardziej roześmianą i najszczęśliwszą bezzębną babcią, jaką w życiu spotkałam. Co więcej, uważała, że jestem przekomiczna. Każdy dotyczący mnie szczegół wywoływał jej niepohamowaną wesołość. Włożyła mi na głowę wysoki kapelusz Hmongów, pokazywała mnie palcem i pokładała się ze śmiechu. Wcisnęła mi w ramiona maleńkie dziecko i śmiała się, znów wskazując mnie palcem.
Owinęła mnie w zachwycającą tkaninę Hmongów i zaśmiewała się z wycelowanym w moją stronę palcem.
Wcale mi to nie przeszkadzało. Już dawno temu nauczyłam się, że jeśli jesteś olbrzymem, przybyszem, który znalazł się pośród ludzi należących do odległej, obcej kultury, to twoim obowiązkiem jest pogodzić się z faktem, że będziesz wzbudzał wesołość. Przynajmniej tyle możesz zrobić, starając się być uprzejmym gościem. Wkrótce do domu przyszedł cały tłumek kobiet – sąsiadek i krewnych.
One też przymierzały na mnie kawałki materiału, wkładały mi na głowę kapelusze, wciskały w ramiona niemowlęta, wskazywały palcem i śmiały się.
Jak wyjaśniła Mai, jej rodzina – około tuzina osób – mieszkała w tym jednoizbowym domku. Wszyscy spali razem na podłodze. Kuchnia znajdowała się po jednej stronie pomieszczenia, a opalany drewnem piec na zimę po drugiej. Ryż i kukurydza zmagazynowane były na stryszku nad kuchnią, a świnie, kury i bawoły domowe przez cały czas szwendały się w pobliżu. W całym domu było tylko jedno w miarę ustronne miejsce, niewiele większe od schowka na miotły. Tam w każdej rodzinie, o czym dowiedziałam się później z lektur, para nowożeńców spała przez pierwsze kilka miesięcy, żeby moc w spokoju poznać się cieleśnie. Jednak po tym wstępnym okresie prywatności para młodych wracała do reszty rodziny i spała na podłodze wspólnej izby przez resztę życia.
– Mówiłam ci, że mój ojciec nie żyje? – spytała Mai, oprowadzając mnie po gospodarstwie.
– Bardzo mi przykro – powiedziałam. – Kiedy to się stało?
– Cztery lata temu.
– Jak umarł, Mai?
– Umarł – odpowiedziała chłodno i na tym skończyła wyjaśnienia. Jej ojciec umarł na śmierć. Jak przypuszczam, tak właśnie umierali ludzie, zanim dowiedzieliśmy się czegoś więcej o tym dlaczego i jak.
– Jak umarł, zjedliśmy bawołu na jego pogrzebie. – Na to wspomnienie przez jej twarz przemknęła mieszanka emocji: smutek z powodu śmierci ojca, przyjemność na wspomnienie bawolego mięsa.
– Czy twoja matka czuje się samotna? – spytałam.
– Dlaczego? – zapytała rezolutnie.
Hmongowie są znani z bezpośredniego sposobu bycia, więc bez owijania w bawełnę wyjaśniłam jej:
– Muszę porozmawiać z kobietami z twojej wsi o ich małżeństwach.
– Dlaczego? – powtórzyła.
– Bo wkrótce wychodzę za mąż i potrzebuję ich rady.
– Jesteś za stara na małżeństwo – zauważyła Mai życzliwie.
– No cóż, mój chłopak też jest stary – odparłam. – Ma pięćdziesiąt pięć lat.
Przyjrzała mi się uważnie, zagwizdała cicho i oświadczyła:
– No tak. Szczęściarz z niego.
Nie jestem pewna, dlaczego Mai postanowiła mi pomoc tego dnia. Z ciekawości? Z nudów? W nadziei, że dam jej parę groszy? (Co oczywiście zrobiłam.) Nieważne dlaczego, ważne, że się zgodziła. Pokonawszy strome wzniesienie, dość szybko dotarłyśmy do kamiennego domu Mai, który był maleńki, okopcony, z kilkoma okienkami i tkwił w najpiękniejszej dolinie rzeki, jaką można sobie wyobrazić. Dziewczynka wprowadziła mnie do środka i przedstawiła grupie kobiet. Wszystkie były zajęte tkaniem, gotowaniem i sprzątaniem. Od razu zaintrygowała mnie babka Mai. Miała około metra trzydziestu wzrostu i była najbardziej roześmianą i najszczęśliwszą bezzębną babcią, jaką w życiu spotkałam. Co więcej, uważała, że jestem przekomiczna. Każdy dotyczący mnie szczegół wywoływał jej niepohamowaną wesołość. Włożyła mi na głowę wysoki kapelusz Hmongów, pokazywała mnie palcem i pokładała się ze śmiechu. Wcisnęła mi w ramiona maleńkie dziecko i śmiała się, znów wskazując mnie palcem.
Owinęła mnie w zachwycającą tkaninę Hmongów i zaśmiewała się z wycelowanym w moją stronę palcem.
Wcale mi to nie przeszkadzało. Już dawno temu nauczyłam się, że jeśli jesteś olbrzymem, przybyszem, który znalazł się pośród ludzi należących do odległej, obcej kultury, to twoim obowiązkiem jest pogodzić się z faktem, że będziesz wzbudzał wesołość. Przynajmniej tyle możesz zrobić, starając się być uprzejmym gościem. Wkrótce do domu przyszedł cały tłumek kobiet – sąsiadek i krewnych.
One też przymierzały na mnie kawałki materiału, wkładały mi na głowę kapelusze, wciskały w ramiona niemowlęta, wskazywały palcem i śmiały się.
Jak wyjaśniła Mai, jej rodzina – około tuzina osób – mieszkała w tym jednoizbowym domku. Wszyscy spali razem na podłodze. Kuchnia znajdowała się po jednej stronie pomieszczenia, a opalany drewnem piec na zimę po drugiej. Ryż i kukurydza zmagazynowane były na stryszku nad kuchnią, a świnie, kury i bawoły domowe przez cały czas szwendały się w pobliżu. W całym domu było tylko jedno w miarę ustronne miejsce, niewiele większe od schowka na miotły. Tam w każdej rodzinie, o czym dowiedziałam się później z lektur, para nowożeńców spała przez pierwsze kilka miesięcy, żeby moc w spokoju poznać się cieleśnie. Jednak po tym wstępnym okresie prywatności para młodych wracała do reszty rodziny i spała na podłodze wspólnej izby przez resztę życia.
– Mówiłam ci, że mój ojciec nie żyje? – spytała Mai, oprowadzając mnie po gospodarstwie.
– Bardzo mi przykro – powiedziałam. – Kiedy to się stało?
– Cztery lata temu.
– Jak umarł, Mai?
– Umarł – odpowiedziała chłodno i na tym skończyła wyjaśnienia. Jej ojciec umarł na śmierć. Jak przypuszczam, tak właśnie umierali ludzie, zanim dowiedzieliśmy się czegoś więcej o tym dlaczego i jak.
– Jak umarł, zjedliśmy bawołu na jego pogrzebie. – Na to wspomnienie przez jej twarz przemknęła mieszanka emocji: smutek z powodu śmierci ojca, przyjemność na wspomnienie bawolego mięsa.
– Czy twoja matka czuje się samotna? – spytałam.
Mai odpowiedziała wzruszeniem ramion.
Trudno było sobie wyobrazić samotność w takim domu i wydawało się zupełnie niemożliwe, by w tym ścisku dało się znaleźć szczęśliwszą siostrę samotności: p r y w a t n o ś ć. Mai i jej matka żyły w nieustannej styczności z mnóstwem osób. Uderzyło mnie – nie pierwszy już raz podczas lat podróżowania – że w porównaniu z takimi jak ta społecznościami współcześni Amerykanie żyją w ogromnym odosobnieniu. Tam, skąd pochodzę, najmniejsza „komórka społeczna”, czyli rodzina, skurczyła się do tego stopnia, że prawdopodobnie członkowie takiego rozgałęzionego we wszystkie strony klanu Hmongów w ogóle by jej nie zauważyli. W dzisiejszych czasach trzeba prawie mikroskopu elektronowego, żeby zbadać zachodnią rodzinę. Na ogól są to dwie, czasem trzy albo cztery osoby, obracające się w ogromnej przestrzeni; każda żyje we własnym fizycznym i psychicznym królestwie, każda spędza większość doby z dala od pozostałych.
Nie chcę tutaj sugerować, że wszystko, co dotyczy tej skurczonej współczesnej rodziny, jest złe. Niewątpliwie kobiety doczekały się lepszego życia i są zdrowsze, bo rodzą mniej dzieci, co jest dość poważnym argumentem przeciw urokowi tej rojnej kultury klanowej. Poza tym socjologowie już od dawna wiedzą, że przypadki kazirodztwa i molestowania dzieci są częstsze, kiedy duża liczba krewnych w rożnym wieku żyje w takiej bliskości. W dużym tłumie trudno jest wszystko widzieć i chronić pojedyncze osoby... nie mówiąc już o zachowaniu własnej indywidualności.
Niewątpliwie jednak coś się też zagubiło w tych naszych nowoczesnych, zapewniających maksymalną prywatność, odseparowanych od siebie domach. Obserwując stosunki pomiędzy kobietami Hmongów, zaczęłam się zastanawiać, czy ewolucja tej coraz mniejszej i coraz bardziej szczątkowej zachodniej rodziny nie obciążyła w jakiś szczególny sposób współczesnego małżeństwa. W społeczności Hmongów na przykład mężczyźni i kobiety nie spędzają ze sobą tyle czasu co my. Owszem, mają współmałżonka. Tak, uprawiają z tą osobą seks. Tak, ich losy są ściśle powiązane.
Tak, mogą darzyć się miłością. Poza tym jednak życie mężczyzn i kobiet jest dokładnie rozdzielone i powiązane z przypisanymi płci zadaniami. Mężczyźni pracują i utrzymują kontakty towarzyskie z innymi mężczyznami; kobiety pracują i utrzymują kontakty towarzyskie z innymi kobietami. Ciekawostka: tego dnia w pobliżu domu Mai nie było ani jednego mężczyzny. Nie wiem, co w tym czasie robili (uprawiali ziemię, pili, rozmawiali, oddawali się hazardowi), ale robili to gdzieś indziej, w męskim towarzystwie, z dala od świata kobiet.
Jeśli więc jesteś kobietą Hmongów, nie oczekujesz od męża, aby był twoim najlepszym przyjacielem, powiernikiem twoich sekretów, twoim doradcą, osobą równą ci intelektualnie, pocieszycielem w chwilach smutku i psychicznym oparciem. Kobiety Hmongów otrzymują emocjonalną siłę i wsparcie od innych kobiet... od sióstr, ciotek, matek, babek. Kobieta Hmongów słyszy w życiu wiele głosów, opinii i rad. Krewniaczki są na wyciągnięcie ręki, w towarzystwie pracuje się, jeśli nie lżej, to przynajmniej weselej.
Kiedy już wymieniłyśmy wszystkie powitania i pohuśtałam wszystkie niemowlęta i kiedy śmiech ucichł, przeobrażając się w uprzejmość, wreszcie usiadłyśmy.
Zaczęłam wypytywać babkę Mai o ślubne ceremonie Hmongów. Dziewczynka tłumaczyła.
To bardzo proste, wyjaśniała cierpliwie babka. Przed tradycyjną ślubną ceremonią Hmongów rodzina przyszłego pana młodego pojawia się z wizytą w domu panny młodej, żeby obie rodziny mogły wypracować kontrakt, ustalić datę, poczynić stosowne plany. Zawsze wtedy zabija się kurę, żeby zadowolić duchy obu rodzin. Kiedy nadchodzi dzień zaślubin, bije się dużo świń. Na ucztę przybywają krewni ze wszystkich wsi, żeby wspólnie świętować. Obie rodziny uczestniczą w kosztach. Uroczysty orszak podąża do stołu biesiadnego, a krewny pana młodego zawsze towarzyszy młodej parze z parasolem.
W tym miejscu jej przerwałam, żeby zapytać, jakie znaczenie ma ten parasol. Pytanie wywołało zamieszanie, które mogło być spowodowane tym, że nie bardzo rozumiały, o co chodzi ze słowem „znaczenie”. Parasol to parasol powiedziały mi, a niesie się go dlatego, że parasol zawsze się nosi podczas ślubu. Tak jest i dlatego tak jest, że zawsze tak było.
Zakończywszy sprawę parasola, babka przeszła do wyjaśnienia innego zwyczaju Hmongów, mianowicie porwania.
To bardzo stary zwyczaj, oświadczyła, i nie jest już tak często stosowany jak niegdyś. Ale nie zaginął. Dziewczyna – która czasami jest, a czasami nie jest wcześniej informowana o planach porwania – zostaje uprowadzona przez potencjalnego pana młodego i przewieziona konno do domu jego rodziny. Wszystko jest dokładnie zorganizowane, ale może być przeprowadzone tylko w niektóre noce, podczas uroczystości kończących dni targowe. (Nie można sobie porywać dziewczyny, kiedy ma się na to ochotę. Istnieją pewne r e g u ł y.) Potem dziewczyna mieszka trzy dni w domu porywacza, z jego rodziną, żeby podjąć decyzję, czy chce, czy nie chce za niego wyjść. Prawie zawsze, stwierdziła babka, dziewczyna wyraża zgodę i do ślubu dochodzi. W tych rzadkich przypadkach, kiedy porwana dziewczyna nie akceptuje swojego porywacza, po prostu po trzech dniach wraca do swojej rodziny i wszystko ulega zapomnieniu. Co, biorąc pod uwagę porwanie, wydało mi się akurat rozsądne.
Kiedy spróbowałam namówić babkę Mai, by opowiedziała mi historię własnego małżeństwa, w nadziei, że wydobędę z niej jakieś osobiste, zabarwione emocjonalnie anegdotki na temat jej własnych doświadczeń w tej materii, rozmowa przybrała i dla mnie, i dla wszystkich obecnych jakiś dziwaczny charakter. Konsternacja zapanowała natychmiast po tym, jak zadałam babce pierwsze pytanie:
– Co pomyślałaś o swoim mężu, kiedy go pierwszy raz zobaczyłaś?
Trudno było sobie wyobrazić samotność w takim domu i wydawało się zupełnie niemożliwe, by w tym ścisku dało się znaleźć szczęśliwszą siostrę samotności: p r y w a t n o ś ć. Mai i jej matka żyły w nieustannej styczności z mnóstwem osób. Uderzyło mnie – nie pierwszy już raz podczas lat podróżowania – że w porównaniu z takimi jak ta społecznościami współcześni Amerykanie żyją w ogromnym odosobnieniu. Tam, skąd pochodzę, najmniejsza „komórka społeczna”, czyli rodzina, skurczyła się do tego stopnia, że prawdopodobnie członkowie takiego rozgałęzionego we wszystkie strony klanu Hmongów w ogóle by jej nie zauważyli. W dzisiejszych czasach trzeba prawie mikroskopu elektronowego, żeby zbadać zachodnią rodzinę. Na ogól są to dwie, czasem trzy albo cztery osoby, obracające się w ogromnej przestrzeni; każda żyje we własnym fizycznym i psychicznym królestwie, każda spędza większość doby z dala od pozostałych.
Nie chcę tutaj sugerować, że wszystko, co dotyczy tej skurczonej współczesnej rodziny, jest złe. Niewątpliwie kobiety doczekały się lepszego życia i są zdrowsze, bo rodzą mniej dzieci, co jest dość poważnym argumentem przeciw urokowi tej rojnej kultury klanowej. Poza tym socjologowie już od dawna wiedzą, że przypadki kazirodztwa i molestowania dzieci są częstsze, kiedy duża liczba krewnych w rożnym wieku żyje w takiej bliskości. W dużym tłumie trudno jest wszystko widzieć i chronić pojedyncze osoby... nie mówiąc już o zachowaniu własnej indywidualności.
Niewątpliwie jednak coś się też zagubiło w tych naszych nowoczesnych, zapewniających maksymalną prywatność, odseparowanych od siebie domach. Obserwując stosunki pomiędzy kobietami Hmongów, zaczęłam się zastanawiać, czy ewolucja tej coraz mniejszej i coraz bardziej szczątkowej zachodniej rodziny nie obciążyła w jakiś szczególny sposób współczesnego małżeństwa. W społeczności Hmongów na przykład mężczyźni i kobiety nie spędzają ze sobą tyle czasu co my. Owszem, mają współmałżonka. Tak, uprawiają z tą osobą seks. Tak, ich losy są ściśle powiązane.
Tak, mogą darzyć się miłością. Poza tym jednak życie mężczyzn i kobiet jest dokładnie rozdzielone i powiązane z przypisanymi płci zadaniami. Mężczyźni pracują i utrzymują kontakty towarzyskie z innymi mężczyznami; kobiety pracują i utrzymują kontakty towarzyskie z innymi kobietami. Ciekawostka: tego dnia w pobliżu domu Mai nie było ani jednego mężczyzny. Nie wiem, co w tym czasie robili (uprawiali ziemię, pili, rozmawiali, oddawali się hazardowi), ale robili to gdzieś indziej, w męskim towarzystwie, z dala od świata kobiet.
Jeśli więc jesteś kobietą Hmongów, nie oczekujesz od męża, aby był twoim najlepszym przyjacielem, powiernikiem twoich sekretów, twoim doradcą, osobą równą ci intelektualnie, pocieszycielem w chwilach smutku i psychicznym oparciem. Kobiety Hmongów otrzymują emocjonalną siłę i wsparcie od innych kobiet... od sióstr, ciotek, matek, babek. Kobieta Hmongów słyszy w życiu wiele głosów, opinii i rad. Krewniaczki są na wyciągnięcie ręki, w towarzystwie pracuje się, jeśli nie lżej, to przynajmniej weselej.
Kiedy już wymieniłyśmy wszystkie powitania i pohuśtałam wszystkie niemowlęta i kiedy śmiech ucichł, przeobrażając się w uprzejmość, wreszcie usiadłyśmy.
Zaczęłam wypytywać babkę Mai o ślubne ceremonie Hmongów. Dziewczynka tłumaczyła.
To bardzo proste, wyjaśniała cierpliwie babka. Przed tradycyjną ślubną ceremonią Hmongów rodzina przyszłego pana młodego pojawia się z wizytą w domu panny młodej, żeby obie rodziny mogły wypracować kontrakt, ustalić datę, poczynić stosowne plany. Zawsze wtedy zabija się kurę, żeby zadowolić duchy obu rodzin. Kiedy nadchodzi dzień zaślubin, bije się dużo świń. Na ucztę przybywają krewni ze wszystkich wsi, żeby wspólnie świętować. Obie rodziny uczestniczą w kosztach. Uroczysty orszak podąża do stołu biesiadnego, a krewny pana młodego zawsze towarzyszy młodej parze z parasolem.
W tym miejscu jej przerwałam, żeby zapytać, jakie znaczenie ma ten parasol. Pytanie wywołało zamieszanie, które mogło być spowodowane tym, że nie bardzo rozumiały, o co chodzi ze słowem „znaczenie”. Parasol to parasol powiedziały mi, a niesie się go dlatego, że parasol zawsze się nosi podczas ślubu. Tak jest i dlatego tak jest, że zawsze tak było.
Zakończywszy sprawę parasola, babka przeszła do wyjaśnienia innego zwyczaju Hmongów, mianowicie porwania.
To bardzo stary zwyczaj, oświadczyła, i nie jest już tak często stosowany jak niegdyś. Ale nie zaginął. Dziewczyna – która czasami jest, a czasami nie jest wcześniej informowana o planach porwania – zostaje uprowadzona przez potencjalnego pana młodego i przewieziona konno do domu jego rodziny. Wszystko jest dokładnie zorganizowane, ale może być przeprowadzone tylko w niektóre noce, podczas uroczystości kończących dni targowe. (Nie można sobie porywać dziewczyny, kiedy ma się na to ochotę. Istnieją pewne r e g u ł y.) Potem dziewczyna mieszka trzy dni w domu porywacza, z jego rodziną, żeby podjąć decyzję, czy chce, czy nie chce za niego wyjść. Prawie zawsze, stwierdziła babka, dziewczyna wyraża zgodę i do ślubu dochodzi. W tych rzadkich przypadkach, kiedy porwana dziewczyna nie akceptuje swojego porywacza, po prostu po trzech dniach wraca do swojej rodziny i wszystko ulega zapomnieniu. Co, biorąc pod uwagę porwanie, wydało mi się akurat rozsądne.
Kiedy spróbowałam namówić babkę Mai, by opowiedziała mi historię własnego małżeństwa, w nadziei, że wydobędę z niej jakieś osobiste, zabarwione emocjonalnie anegdotki na temat jej własnych doświadczeń w tej materii, rozmowa przybrała i dla mnie, i dla wszystkich obecnych jakiś dziwaczny charakter. Konsternacja zapanowała natychmiast po tym, jak zadałam babce pierwsze pytanie:
– Co pomyślałaś o swoim mężu, kiedy go pierwszy raz zobaczyłaś?
Jej pomarszczona twarz wyrażała zdumienie. Założywszy, że kobieta – a może Mai – nie zrozumiała pytania, spróbowałam ponownie:
– Kiedy uświadomiłaś sobie, że twój mąż jest tym człowiekiem, którego chcesz poślubić?
To pytanie również spotkało się z czymś, co zinterpretowałam jako uprzejme zakłopotanie.
– Czy od razu wiedziałaś, że jest kimś wyjątkowym? – spróbowałam raz jeszcze. – A może spodobał ci się dopiero z czasem?
W tym momencie niektóre kobiety zaczęły nerwowo chichotać, tak jak się chichocze w obecności kogoś odrobinę szalonego... kim najwyraźniej właśnie stałam się w ich oczach. Wycofałam się i spróbowałam inaczej.
– Chciałam się dowiedzieć, kiedy pierwszy raz zobaczyłaś swojego męża...
Babka pogrzebała w pamięci, ale nie była w stanie znaleźć w niej nic bardziej precyzyjnego od „dawno temu”. W żadnym razie nie wydawało się to dla niej istotne.
– No dobrze, g d z i e pierwszy raz spotkałaś swojego męża? – zapytałam, starając się jak najbardziej uprościć sprawę.
I znów moja ciekawość wydawała się zupełnie dla staruszki niezrozumiała. Z uprzejmości jednak spróbowała mnie zadowolić. Starała się wyjaśnić, że tak k o n k r e t n i e to nie spotkała swojego męża, dopóki go nie poślubiła.
Oczywiście widywała go wcześniej. No wiesz, zawsze dookoła kręci się mnóstwo ludzi. Nie pamięta dokładnie.
Tak czy owak, powiedziała, nie jest ważne, czy znała go, kiedy była młodą dziewczyną. Ostatecznie, podsumowała ku uciesze pozostałych kobiet, teraz na pewno go zna.
– Ale kiedy się w nim zakochałaś? – spytałam w końcu bez ogródek.
W momencie, gdy Mai przetłumaczyła to pytanie, wszystkie kobiety oprócz jej babki, która była na to zbyt uprzejma, parsknęły śmiechem... w spontanicznym wybuchu radości, który każda z nich próbowała z grzeczności zdusić, zakrywając usta rękoma.
Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że to mnie zniechęciło. Może i powinno. Ja jednak drążyłam dalej, zadając pytanie, które zabrzmiało dla nich jeszcze bardziej niedorzecznie.
– A co, według ciebie, stanowi tajemnicę szczęśliwego małżeństwa? – zapytałam z powagą.
Teraz dopiero je rozbawiłam! Nawet babka otwarcie zanosiła się śmiechem. To mi zupełnie nie przeszkadzało, zgadza się. Jak już mówiłam, w obcym kraju zawsze pozwalam z siebie żartować, jeśli to kogoś bawi. Jednak w tym przypadku, co muszę przyznać, cała ta wesołość była nieco niepokojąca, a to dlatego, że zupełnie nie chwytałam dowcipu. Rozumiałam jedynie, że należące do Hmongów panie mówią najwyraźniej zupełnie innym językiem niż ja (i nie chodzi mi o to, że w sensie dosłownym mrowiłyśmy całkowicie innymi językami). Co jednak w moim pytaniu było aż tak absurdalne? W kolejnych tygodniach, kiedy odtwarzałam sobie tę rozmowę w głowie, musiałam stworzyć własne wyjaśnienie, dlaczego te kobiety i ja nie mogłyśmy się zupełnie dogadać na temat małżeństwa. Oto moja teoria: Ani babka Mai, ani żadna inna kobieta w tamtym domu nie umieszczały małżeństwa w centrum swojego życia emocjonalnego w sposób choćby trochę przypominający mój. We współczesnym zindustrializowanym świecie zachodnim, skąd pochodzę, osoba, którą wybieramy na współmałżonka, jest zapewne najbardziej jaskrawym odzwierciedleniem naszej osobowości. Współmałżonek staje się błyszczącym lustrem, w którym odbija się dla świata nasz emocjonalny indywidualizm. Nie ma wszak bardziej osobistego wyboru niż ten, którego dokonujemy, wybierając przyszłego męża lub żonę; ten wybór mówi nam bardzo dużo o tym, kim jesteśmy. Jeśli więc zapytamy typową współczesną kobietę Zachodu, jak poznała swojego męża, kiedy go poznała i dlaczego się w nim zakochała, możemy być pewni, że uzyskamy pełną, złożoną i głęboko osobistą opowieść, którą ta kobieta nie tylko starannie skonstruowała wokół własnych przeżyć, ale którą również zapamiętała, przyswoiła i wnikliwie przebadała, by znaleźć w niej coś o sobie samej. Więcej nawet, ta kobieta chętnie podzieli się z tobą tą historią... nawet jeśli jesteś zupełnie obcą osobą.
Prawdę mówiąc, na przestrzeni lat odkryłam, że pytanie: „Jak poznałaś swojego męża?” jest jednym z najlepszych sposobów na przełamywanie lodów, jaki kiedykolwiek wymyślono.
Z mojego doświadczenia wynika, że jest zupełnie nieważne, czy małżeństwo danej kobiety było szczęśliwe, czy okazało się kompletną katastrofą. I tak uzyskasz odpowiedź, która będzie niezwykle ważną opowieścią o istocie jej życia uczuciowego... być może nawet tą najważniejszą opowieścią o jej życiu uczuciowym.
Niezależnie od tego, kim jest ta współczesna zachodnia kobieta, zapewniam was, że jej historia będzie się koncentrować na dwojgu ludzi – jej samej i męża – którzy niczym postaci z powieści czy filmu, zanim się poznali, żyli sobie każde po swojemu, aż ich ścieżki w jakimś brzemiennym w skutki momencie się przecięły („Tamtego lata mieszkałam w San Francisco i nie miałam zamiaru zatrzymywać się tam dłużej... dopóki na przyjęciu nie spotkałam Jima”).
W tej historii zapewne wystąpi element dramatyzmu i napięcia („On myślał, że spotykam się z facetem, z którym tam przyszłam, ale to był mój przyjaciel, gej, Larry!”). Pojawią się też wątpliwości („Tak naprawdę to nie był w moim typie; zazwyczaj podobają mi się faceci z bardziej intelektualnym zacięciem”). Opowieść zakończy się zbawienną deklaracją („Teraz życia sobie bez niego nie wyobrażam!”) albo – jeśli sprawy przybrały zły obrót – spóźnionymi przemyśleniami i samooskarżeniami („Czemu od razu nie dopuściłam do siebie myśli, że jest alkoholikiem i łgarzem?”).
– Kiedy uświadomiłaś sobie, że twój mąż jest tym człowiekiem, którego chcesz poślubić?
To pytanie również spotkało się z czymś, co zinterpretowałam jako uprzejme zakłopotanie.
– Czy od razu wiedziałaś, że jest kimś wyjątkowym? – spróbowałam raz jeszcze. – A może spodobał ci się dopiero z czasem?
W tym momencie niektóre kobiety zaczęły nerwowo chichotać, tak jak się chichocze w obecności kogoś odrobinę szalonego... kim najwyraźniej właśnie stałam się w ich oczach. Wycofałam się i spróbowałam inaczej.
– Chciałam się dowiedzieć, kiedy pierwszy raz zobaczyłaś swojego męża...
Babka pogrzebała w pamięci, ale nie była w stanie znaleźć w niej nic bardziej precyzyjnego od „dawno temu”. W żadnym razie nie wydawało się to dla niej istotne.
– No dobrze, g d z i e pierwszy raz spotkałaś swojego męża? – zapytałam, starając się jak najbardziej uprościć sprawę.
I znów moja ciekawość wydawała się zupełnie dla staruszki niezrozumiała. Z uprzejmości jednak spróbowała mnie zadowolić. Starała się wyjaśnić, że tak k o n k r e t n i e to nie spotkała swojego męża, dopóki go nie poślubiła.
Oczywiście widywała go wcześniej. No wiesz, zawsze dookoła kręci się mnóstwo ludzi. Nie pamięta dokładnie.
Tak czy owak, powiedziała, nie jest ważne, czy znała go, kiedy była młodą dziewczyną. Ostatecznie, podsumowała ku uciesze pozostałych kobiet, teraz na pewno go zna.
– Ale kiedy się w nim zakochałaś? – spytałam w końcu bez ogródek.
W momencie, gdy Mai przetłumaczyła to pytanie, wszystkie kobiety oprócz jej babki, która była na to zbyt uprzejma, parsknęły śmiechem... w spontanicznym wybuchu radości, który każda z nich próbowała z grzeczności zdusić, zakrywając usta rękoma.
Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że to mnie zniechęciło. Może i powinno. Ja jednak drążyłam dalej, zadając pytanie, które zabrzmiało dla nich jeszcze bardziej niedorzecznie.
– A co, według ciebie, stanowi tajemnicę szczęśliwego małżeństwa? – zapytałam z powagą.
Teraz dopiero je rozbawiłam! Nawet babka otwarcie zanosiła się śmiechem. To mi zupełnie nie przeszkadzało, zgadza się. Jak już mówiłam, w obcym kraju zawsze pozwalam z siebie żartować, jeśli to kogoś bawi. Jednak w tym przypadku, co muszę przyznać, cała ta wesołość była nieco niepokojąca, a to dlatego, że zupełnie nie chwytałam dowcipu. Rozumiałam jedynie, że należące do Hmongów panie mówią najwyraźniej zupełnie innym językiem niż ja (i nie chodzi mi o to, że w sensie dosłownym mrowiłyśmy całkowicie innymi językami). Co jednak w moim pytaniu było aż tak absurdalne? W kolejnych tygodniach, kiedy odtwarzałam sobie tę rozmowę w głowie, musiałam stworzyć własne wyjaśnienie, dlaczego te kobiety i ja nie mogłyśmy się zupełnie dogadać na temat małżeństwa. Oto moja teoria: Ani babka Mai, ani żadna inna kobieta w tamtym domu nie umieszczały małżeństwa w centrum swojego życia emocjonalnego w sposób choćby trochę przypominający mój. We współczesnym zindustrializowanym świecie zachodnim, skąd pochodzę, osoba, którą wybieramy na współmałżonka, jest zapewne najbardziej jaskrawym odzwierciedleniem naszej osobowości. Współmałżonek staje się błyszczącym lustrem, w którym odbija się dla świata nasz emocjonalny indywidualizm. Nie ma wszak bardziej osobistego wyboru niż ten, którego dokonujemy, wybierając przyszłego męża lub żonę; ten wybór mówi nam bardzo dużo o tym, kim jesteśmy. Jeśli więc zapytamy typową współczesną kobietę Zachodu, jak poznała swojego męża, kiedy go poznała i dlaczego się w nim zakochała, możemy być pewni, że uzyskamy pełną, złożoną i głęboko osobistą opowieść, którą ta kobieta nie tylko starannie skonstruowała wokół własnych przeżyć, ale którą również zapamiętała, przyswoiła i wnikliwie przebadała, by znaleźć w niej coś o sobie samej. Więcej nawet, ta kobieta chętnie podzieli się z tobą tą historią... nawet jeśli jesteś zupełnie obcą osobą.
Prawdę mówiąc, na przestrzeni lat odkryłam, że pytanie: „Jak poznałaś swojego męża?” jest jednym z najlepszych sposobów na przełamywanie lodów, jaki kiedykolwiek wymyślono.
Z mojego doświadczenia wynika, że jest zupełnie nieważne, czy małżeństwo danej kobiety było szczęśliwe, czy okazało się kompletną katastrofą. I tak uzyskasz odpowiedź, która będzie niezwykle ważną opowieścią o istocie jej życia uczuciowego... być może nawet tą najważniejszą opowieścią o jej życiu uczuciowym.
Niezależnie od tego, kim jest ta współczesna zachodnia kobieta, zapewniam was, że jej historia będzie się koncentrować na dwojgu ludzi – jej samej i męża – którzy niczym postaci z powieści czy filmu, zanim się poznali, żyli sobie każde po swojemu, aż ich ścieżki w jakimś brzemiennym w skutki momencie się przecięły („Tamtego lata mieszkałam w San Francisco i nie miałam zamiaru zatrzymywać się tam dłużej... dopóki na przyjęciu nie spotkałam Jima”).
W tej historii zapewne wystąpi element dramatyzmu i napięcia („On myślał, że spotykam się z facetem, z którym tam przyszłam, ale to był mój przyjaciel, gej, Larry!”). Pojawią się też wątpliwości („Tak naprawdę to nie był w moim typie; zazwyczaj podobają mi się faceci z bardziej intelektualnym zacięciem”). Opowieść zakończy się zbawienną deklaracją („Teraz życia sobie bez niego nie wyobrażam!”) albo – jeśli sprawy przybrały zły obrót – spóźnionymi przemyśleniami i samooskarżeniami („Czemu od razu nie dopuściłam do siebie myśli, że jest alkoholikiem i łgarzem?”).
Niezależnie od szczegółów można być pewnym, że historia miłosna współczesnej kobiety Zachodu zostanie przez nią przeanalizowana z każdej możliwej strony i że z upływem lat narracja zostanie przekuta w złoty epicki mit albo zabalsamowana w gorzką ostrzegawczą opowiastkę.
Zamierzam zaryzykować stwierdzenie, że kobiety Hmongów tego nie robią. Albo przynajmniej nie te kobiety Hmongów.
Zrozumcie, proszę, nie jestem antropologiem i zdaję sobie sprawę z tego, że wykraczam poza własne kompetencje, kiedy snuję domysły na temat kultury Hmongów.
Moje osobiste doświadczenia z tymi kobietami ograniczyły się do jednej popołudniowej rozmowy, z dwunastolatką w roli tłumaczki, sądzę więc, że mogłam nie wyłapać niuansów związanych z życiem tej bardzo starej i złożonej społeczności. Przyznaję również, że te kobiety mogły uważać moje pytania za natarczywe, nawet za obraźliwe.
Dlaczego miałyby opowiadać najbardziej osobiste historie mnie, wścibskiemu intruzowi? A nawet jeśli próbowały przekazać mi informację o swoich związkach, to istnieje możliwość, że pewne subtelne przesłania ginęły z powodu błędnego tłumaczenia albo po prostu z braku międzykulturowego zrozumienia.
Co powiedziawszy, muszę zauważyć, że znaczną część mojego zawodowego życia poświęciłam robieniu wywiadów i dlatego mam zaufanie do własnych umiejętności pilnego obserwowania i słuchania. Kiedy wchodzę do domu obcych ludzi, jak większość z nas szybko zauważam różnice w sposobie bycia i myślenia między nimi a moją rodziną. Załóżmy zatem, że tego dnia w domostwie Hmongów obdarzyłam ponadprzeciętnie ekspresyjnych gospodarzy ponadprzeciętną uwagą ponadprzeciętnego obserwatora. W tej roli – i tylko w tej roli – czuję się na tyle pewna, by stwierdzić, czego n i e zauważyłam tego dnia w domu babki Mai. Ni e zauważyłam, aby grupa obecnych tam kobiet snuła na temat swoich małżeństw przetrawione mity albo opowieści ku przestrodze. Powodem, dla którego uznaję to za godne odnotowania, jest fakt, że byłam świadkiem, jak kobiety na całym świecie snują właśnie tego typu przetrawione mity i opowieści ku przestrodze w bardzo rożnym mieszanym towarzystwie i pod byle pretekstem. Panie z ludu Hmongów w ogóle nie miały zamiaru tego robić. Nie zamierzały również tworzyć żadnej długiej, zawiłej, epickiej historii swojego uczuciowego „ja” ani z mężem w roli herosa, ani złoczyńcy.
Nie twierdzę, że te kobiety nie kochają swoich mężów, że ich nigdy nie kochały ani że nie potrafiły ich kochać. Byłoby niedorzecznością wyciągać takie wnioski, ponieważ ludzie wszędzie się kochają i zawsze się kochali.
Romantyczna miłość jest doznaniem uniwersalnym. Świadectwa namiętnych uczuć znajdziemy w każdym zakątku świata. Wszystkie kultury mają miłosne pieśni, miłosne zaklęcia i miłosne modlitwy. Dla złamanych serc nie istnieją granice religijne, społeczne, kulturowe ani związane z wiekiem czy płcią. (Wiedzcie, że w Indiach 3 maja jest Narodowym Dniem Złamanych Serc. A w Papui–Nowej Gwinei żyje plemię, którego mężczyźni piszą smętne pieśni miłosne zwane namai, opowiadające tragiczne historie niedoszłych małżeństw.) Moja przyjaciółka Kate poszła kiedyś na koncert mongolskich śpiewaków gardłowych, którzy występowali w Nowym Jorku podczas swojego wyjątkowo rzadkiego światowego tournee. Chociaż nie rozumiała słów pieśni, stwierdziła, że muzyka była przejmująco smutna.
Po koncercie podeszła do mongolskiego solisty i spytała: „O czym śpiewacie?” „Śpiewamy o tym samym, o czym śpiewają wszyscy: o utraconej miłości i o tym, jak ktoś ukradł ci najszybszego konia” – odpowiedział jej.
Jest więc oczywiste, że Hmongowie się zakochują. I równie oczywiste jest, że wolą jedną osobę od drugiej, odczuwają brak bliskiego człowieka po jego śmierci i zauważają, że nie wiadomo dlaczego nagle podoba im się czyjś zapach lub śmiech. I chyba tylko nie twierdzą, że takie romantyczne bzdury mogą być prawdziwym p o w o d e m zawarcia małżeństwa. Prawdopodobnie nie zakładają, że te dwa oddzielne zjawiska (miłość i małżeństwo) muszą się gdzieś przecinać... czy to na początku związku, czy w jakimkolwiek innym momencie. Może uważają, że w małżeństwie chodzi o coś zupełnie innego.
Jeśli to brzmi jak niezrozumiałe wariactwo, nie zapominajcie, że jeszcze całkiem niedawno ludzie Zachodu mieli takie same, zupełnie nieromantyczne poglądy na małżeństwo.
Naturalnie małżeństwa aranżowane przez rodziców nigdy nie były powszechną cechą amerykańskiego stylu życia – nie mówiąc już o porywaniu potencjalnej panny młodej – niemniej w pewnych warstwach społecznych małżeństwo z r o z s ą d k u jeszcze do niedawna wcale nie było rzadkością. Przez „małżeństwo z rozsądku” rozumiem taki związek, w którym dobro wspólne większej grupy liczy się bardziej niż dobro dwojga zainteresowanych osób; takie małżeństwa były na przykład zawierane przez wiele pokoleń wśród amerykańskich farmerów.
Okazuje się, że sama znam jedno takie małżeństwo. Kiedy dorastałam w małym miasteczku w Connecticut, przepadałam za parą sąsiadów – siwowłosym panem Arthurem Websterem i jego żoną Lillian. Websterowie prowadzili gospodarstwo mleczarskie i żyli zgodnie ze świętymi jankeskimi wartościami. Byli skromnymi, oszczędnymi, wielkodusznymi, pracowitymi, nienachalnie religijnymi i towarzysko dyskretnymi członkami tamtejszej społeczności, którym udało się wychować trojkę dzieci na porządnych obywateli. Byli też niezwykle mili. Pan Webster nazywał mnie Kędziorkiem i pozwalał godzinami jeździć na rowerze po swoim elegancko wybrukowanym parkingu. Pani Webster – jeśli byłam bardzo grzeczna – pozwalała mi czasem pobawić się swoją kolekcją staroświeckich buteleczek po lekarstwach.
Pani Webster zmarła parę lat temu. Kilka miesięcy po jej śmierci poszłam na kolację z panem Websterem i rozmowa zeszła na jego żonę. Chciałam wiedzieć, jak się poznali, pokochali... jak wyglądały romantyczne początki ich wspólnego życia. Innymi słowy, zadałam mu wszystkie te pytania, które później miałam zadać kobietom Hmongów w Wietnamie, i odpowiedzi pana Webstera były podobne... a raczej wcale ich nie było. Nie mogłam wyciągnąć od niego choćby jednego romantycznego wspomnienia związanego z początkami małżeństwa. Przyznał, że nie pamięta nawet dokładnie momentu, w którym poznał Lillian. Zdawało mu się, że ona zawsze gdzieś tam była. Nie zakochał się od pierwszego wejrzenia. Nie było żadnego elektryzującego momentu, tej iskierki nagłego zainteresowania. Nigdy się w niej nawet nie zadurzył.
– Dlaczego więc się pan ożenił z Lillian? – spytałam.
Zamierzam zaryzykować stwierdzenie, że kobiety Hmongów tego nie robią. Albo przynajmniej nie te kobiety Hmongów.
Zrozumcie, proszę, nie jestem antropologiem i zdaję sobie sprawę z tego, że wykraczam poza własne kompetencje, kiedy snuję domysły na temat kultury Hmongów.
Moje osobiste doświadczenia z tymi kobietami ograniczyły się do jednej popołudniowej rozmowy, z dwunastolatką w roli tłumaczki, sądzę więc, że mogłam nie wyłapać niuansów związanych z życiem tej bardzo starej i złożonej społeczności. Przyznaję również, że te kobiety mogły uważać moje pytania za natarczywe, nawet za obraźliwe.
Dlaczego miałyby opowiadać najbardziej osobiste historie mnie, wścibskiemu intruzowi? A nawet jeśli próbowały przekazać mi informację o swoich związkach, to istnieje możliwość, że pewne subtelne przesłania ginęły z powodu błędnego tłumaczenia albo po prostu z braku międzykulturowego zrozumienia.
Co powiedziawszy, muszę zauważyć, że znaczną część mojego zawodowego życia poświęciłam robieniu wywiadów i dlatego mam zaufanie do własnych umiejętności pilnego obserwowania i słuchania. Kiedy wchodzę do domu obcych ludzi, jak większość z nas szybko zauważam różnice w sposobie bycia i myślenia między nimi a moją rodziną. Załóżmy zatem, że tego dnia w domostwie Hmongów obdarzyłam ponadprzeciętnie ekspresyjnych gospodarzy ponadprzeciętną uwagą ponadprzeciętnego obserwatora. W tej roli – i tylko w tej roli – czuję się na tyle pewna, by stwierdzić, czego n i e zauważyłam tego dnia w domu babki Mai. Ni e zauważyłam, aby grupa obecnych tam kobiet snuła na temat swoich małżeństw przetrawione mity albo opowieści ku przestrodze. Powodem, dla którego uznaję to za godne odnotowania, jest fakt, że byłam świadkiem, jak kobiety na całym świecie snują właśnie tego typu przetrawione mity i opowieści ku przestrodze w bardzo rożnym mieszanym towarzystwie i pod byle pretekstem. Panie z ludu Hmongów w ogóle nie miały zamiaru tego robić. Nie zamierzały również tworzyć żadnej długiej, zawiłej, epickiej historii swojego uczuciowego „ja” ani z mężem w roli herosa, ani złoczyńcy.
Nie twierdzę, że te kobiety nie kochają swoich mężów, że ich nigdy nie kochały ani że nie potrafiły ich kochać. Byłoby niedorzecznością wyciągać takie wnioski, ponieważ ludzie wszędzie się kochają i zawsze się kochali.
Romantyczna miłość jest doznaniem uniwersalnym. Świadectwa namiętnych uczuć znajdziemy w każdym zakątku świata. Wszystkie kultury mają miłosne pieśni, miłosne zaklęcia i miłosne modlitwy. Dla złamanych serc nie istnieją granice religijne, społeczne, kulturowe ani związane z wiekiem czy płcią. (Wiedzcie, że w Indiach 3 maja jest Narodowym Dniem Złamanych Serc. A w Papui–Nowej Gwinei żyje plemię, którego mężczyźni piszą smętne pieśni miłosne zwane namai, opowiadające tragiczne historie niedoszłych małżeństw.) Moja przyjaciółka Kate poszła kiedyś na koncert mongolskich śpiewaków gardłowych, którzy występowali w Nowym Jorku podczas swojego wyjątkowo rzadkiego światowego tournee. Chociaż nie rozumiała słów pieśni, stwierdziła, że muzyka była przejmująco smutna.
Po koncercie podeszła do mongolskiego solisty i spytała: „O czym śpiewacie?” „Śpiewamy o tym samym, o czym śpiewają wszyscy: o utraconej miłości i o tym, jak ktoś ukradł ci najszybszego konia” – odpowiedział jej.
Jest więc oczywiste, że Hmongowie się zakochują. I równie oczywiste jest, że wolą jedną osobę od drugiej, odczuwają brak bliskiego człowieka po jego śmierci i zauważają, że nie wiadomo dlaczego nagle podoba im się czyjś zapach lub śmiech. I chyba tylko nie twierdzą, że takie romantyczne bzdury mogą być prawdziwym p o w o d e m zawarcia małżeństwa. Prawdopodobnie nie zakładają, że te dwa oddzielne zjawiska (miłość i małżeństwo) muszą się gdzieś przecinać... czy to na początku związku, czy w jakimkolwiek innym momencie. Może uważają, że w małżeństwie chodzi o coś zupełnie innego.
Jeśli to brzmi jak niezrozumiałe wariactwo, nie zapominajcie, że jeszcze całkiem niedawno ludzie Zachodu mieli takie same, zupełnie nieromantyczne poglądy na małżeństwo.
Naturalnie małżeństwa aranżowane przez rodziców nigdy nie były powszechną cechą amerykańskiego stylu życia – nie mówiąc już o porywaniu potencjalnej panny młodej – niemniej w pewnych warstwach społecznych małżeństwo z r o z s ą d k u jeszcze do niedawna wcale nie było rzadkością. Przez „małżeństwo z rozsądku” rozumiem taki związek, w którym dobro wspólne większej grupy liczy się bardziej niż dobro dwojga zainteresowanych osób; takie małżeństwa były na przykład zawierane przez wiele pokoleń wśród amerykańskich farmerów.
Okazuje się, że sama znam jedno takie małżeństwo. Kiedy dorastałam w małym miasteczku w Connecticut, przepadałam za parą sąsiadów – siwowłosym panem Arthurem Websterem i jego żoną Lillian. Websterowie prowadzili gospodarstwo mleczarskie i żyli zgodnie ze świętymi jankeskimi wartościami. Byli skromnymi, oszczędnymi, wielkodusznymi, pracowitymi, nienachalnie religijnymi i towarzysko dyskretnymi członkami tamtejszej społeczności, którym udało się wychować trojkę dzieci na porządnych obywateli. Byli też niezwykle mili. Pan Webster nazywał mnie Kędziorkiem i pozwalał godzinami jeździć na rowerze po swoim elegancko wybrukowanym parkingu. Pani Webster – jeśli byłam bardzo grzeczna – pozwalała mi czasem pobawić się swoją kolekcją staroświeckich buteleczek po lekarstwach.
Pani Webster zmarła parę lat temu. Kilka miesięcy po jej śmierci poszłam na kolację z panem Websterem i rozmowa zeszła na jego żonę. Chciałam wiedzieć, jak się poznali, pokochali... jak wyglądały romantyczne początki ich wspólnego życia. Innymi słowy, zadałam mu wszystkie te pytania, które później miałam zadać kobietom Hmongów w Wietnamie, i odpowiedzi pana Webstera były podobne... a raczej wcale ich nie było. Nie mogłam wyciągnąć od niego choćby jednego romantycznego wspomnienia związanego z początkami małżeństwa. Przyznał, że nie pamięta nawet dokładnie momentu, w którym poznał Lillian. Zdawało mu się, że ona zawsze gdzieś tam była. Nie zakochał się od pierwszego wejrzenia. Nie było żadnego elektryzującego momentu, tej iskierki nagłego zainteresowania. Nigdy się w niej nawet nie zadurzył.
– Dlaczego więc się pan ożenił z Lillian? – spytałam.
Pan Webster wyjaśnił otwarcie i rzeczowo, po jankesku, że ożenił się, bo brat mu polecił to zrobić. Arthur miał wkrótce przejąć rodzinne gospodarstwo i potrzebował żony. Nie da się dobrze gospodarzyć bez żony, tak jak nie da się dobrze gospodarzyć bez traktora. Było to wolne od sentymentów stwierdzenie, ale hodowla bydła mlecznego w Nowej Anglii nie ma nic wspólnego z sentymentami, i Arthur wiedział, że brat ma rację. Tak więc sumienny i posłuszny młody pan Webster rozejrzał się i znalazł sobie żonę. Słuchając jego opowieści, miałam wrażenie, że posadę „pani Webster” zamiast Lillian mogła otrzymać każda inna młoda kobieta, i w tamtym czasie nikomu nie zrobiłoby to większej różnicy. Arthur zdecydował się akurat na pracującą w miejscowej agencji rolnej blondynkę. Była w odpowiednim wieku. Była miła. Była zdrowa. Była porządna. Nadawała się.
A zatem powodem małżeństwa Websterów nie była namiętna miłość... tak samo jak w przypadku małżeństwa babki Mai z ludu Hmongów.
Moglibyśmy zatem założyć, że taki związek jest małżeństwem bez miłości. Musimy być jednak ostrożni przy wyciąganiu podobnych wniosków. Wiem, że przynajmniej w przypadku Websterów nie mogę tego powiedzieć. W jesieni jej życia stwierdzono u pani Webster chorobę Alzheimera. Przez prawie dziesięć kolejnych lat ta krzepka niegdyś kobieta stopniowo podupadała, sprawiając ból wszystkim wokół. Jej mąż – ten pragmatyczny, jankeski gospodarz – zajmował się swoją żoną przez cały czas jej powolnego umierania. Kąpał ją, karmił, tkwił przy niej, żeby nie zrobiła sobie krzywdy, nauczył się znosić straszne konsekwencje rozpadu jej osobowości. Troszczył się o nią, choć od dawna go nie poznawała... nawet wtedy, kiedy już siebie nie poznawała. Każdej niedzieli pan Webster ubierał ładnie swoją żonę, sadzał w wózku inwalidzkim i zawoził na mszę do tego samego kościoła, w którym sześćdziesiąt lat wcześniej brali ślub. Robił to dlatego, że Lillian uwielbiała ten kościół, a on wiedział, że doceniłaby ten gest, gdyby tylko mogła. Siadał w ławce obok żony i trzymał jej rękę, podczas gdy ona powoli usuwała się w nicość. I jeśli to nie jest miłość, to niech mi ktoś wyjaśni, co nią jest.
Musimy jednak być ostrożni i nie zakładać, że wszystkie aranżowane małżeństwa w historii i wszystkie małżeństwa z rozsądku, i wszystkie małżeństwa zaczynające się porwaniem muszą przynieść lata zadowolenia. Pod tym względem Websterowie mieli szczęście. (Choć należy podejrzewać, że włożyli też w swoje małżeństwo dużo wysiłku.) Pan Webster i lud Hmong mogą natomiast wyznawać pewną wspólną koncepcję, taką mianowicie, że uczucie na początku małżeństwa nie jest aż tak ważne jak to na końcu, po wielu latach wspólnego życia. Co więcej, prawdopodobnie zgodziliby się również ze sobą, że nie istnieje żadna konkretna osoba, która czeka na człowieka gdzieś w świecie, by go w pełni uszczęśliwić, ale że jest wiele ludzi (prawdopodobnie tuż obok), z którymi można nawiązać bliską i pełną szacunku więź. Można wtedy latami żyć i pracować u boku tej osoby, z nadzieją, że z czasem związek zaowocuje czułością i poczuciem jedności.
Pod koniec wizyty w domu rodziny Mai zrozumiałam jasno i dogłębnie tę koncepcję, kiedy zadałam starej kobiecie ostatnie pytanie, które także wydało jej się dziwaczne i niezrozumiałe.
– Czy twój mężczyzna jest dobrym mężem? – spytałam.
Staruszka musiała poprosić wnuczkę o kilkakrotne powtórzenie pytania, żeby się upewnić, czy dobrze usłyszała: Czy on jest dobrym mężem? Potem popatrzyła na mnie rozbawiona, zupełnie jakbym spytała: „A te kamienie, z których zbudowane są wasze góry... to są dobre kamienie?”
Najlepsza odpowiedź, jaką udało jej się wymyślić, brzmiała: Jej mąż nie jest ani dobrym, ani złym mężem.
Jest po prostu mężem. Jest taki, jacy są mężowie. Kiedy o nim mówiła, miałam wrażenie, jakby słowo „mąż” oznaczało bardziej zawód, a nawet jakiś odrębny gatunek, niż konkretną, ukochaną lub irytującą osobę. Rola „męża” była dość prosta, obejmowała zbiór zadań, z których jej mężczyzna najwyraźniej wywiązywał się w zadowalającym stopniu przez całe ich wspólne życie... podobnie, jak stwierdziła, inni mężowie, chyba że kobieta miała pecha i trafił jej się wyjątkowy niedołęga. Staruszka posunęła się nawet do stwierdzenia, że w ostatecznym rozrachunku nieważne jest, którego mężczyznę kobieta poślubi. Poza rzadkimi wyjątkami mężczyźni są w zasadzie tacy sami.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytałam.
– Wszyscy mężczyźni są tacy sami i wszystkie kobiety są takie same, na ogół – wyjaśniła dokładniej. – Każdy to wie.
Pozostałe panie kiwały potakująco głowami.
Pozwolę sobie przerwać na chwilę i bez ogródek stwierdzić coś, co może być absolutnie oczywiste.
D l a m n i e j e s t j u ż z a p o ź n o, b y b y ć k o b i e t ą H m o n g o w.
Rany boskie, dla mnie jest już nawet za późno, by być Websterem.
Urodziłam się pod koniec dwudziestego wieku w rodzinie amerykańskiej klasy średniej. Podobnie jak nieprzeliczone miliony innych żyjących współcześnie ludzi, urodzonych w podobnych okolicznościach, zostałam wychowana w przekonaniu, że jestem kimś wyjątkowym.
Moi rodzice (którzy nie byli ani hipisami, ani radykałami, i wręcz dwukrotnie głosowali na Ronalda Reagana) uważali po prostu, że ich dzieci posiadają szczególnego rodzaju dary i marzenia różniące je od innych dzieci. Zawsze doceniano moją „mojość” i co więcej, postrzegano jako coś innego od „jejości” mojej siostry czy „ichności” moich przyjaciół i od „wszystkoinności” wszystkich innych. Choć na pewno rodzice mnie nie rozpuszczali, to wierzyli, że moje szczęście osobiste jest ważne i że powinnam uczyć się tak kształtować swoje życie, żeby znaleźć w nim zadowolenie.
Muszę tu dodać, że wszystkich moich przyjaciół i krewnych wychowano w podobnym przekonaniu.
Z wyjątkiem członków najbardziej konserwatywnych rodzin oraz rodzin, które dopiero niedawno osiedliły się w Stanach, wszyscy znani mi ludzie na jakimś podstawowym poziomie podzielali zakładany w naszej kulturze szacunek dla każdego pojedynczego człowieka. Niezależnie od wyznawanej religii i sytuacji materialnej, wszyscy przyjmowaliśmy ten sam dogmat, który mogę określić jako historycznie bardzo niedawny i bardzo zachodni, a który można sprowadzić do stwierdzenia: „Jesteś ważny”.
Nie zamierzam sugerować, jakoby Hmongowie uważali, że ich dzieci nie są ważne; wręcz przeciwnie, w kręgach antropologów słyną z tego, że tworzą wyjątkowo mocno kochające się rodziny. W żadnym razie nie jest to jednak społeczność, która modliłaby się przed ołtarzem indywidualnego wyboru. Jak w większości społeczeństw tradycyjnych, dogmat rodziny Hmongów nie brzmiałby „Jesteś ważny”, ale „Ważna jest twoja rola”. W życiu są bowiem, o czym wiedział każdy w tej wiosce, zadania do wykonania – niektóre należą do mężczyzn, inne do kobiet – i wszyscy muszą wnieść swój wkład zależnie od posiadanych umiejętności. Jeśli wywiążesz się ze swoich zadań, możesz iść spać z poczuciem, że jesteś porządnym mężczyzną albo porządną kobietą, i to ci ma wystarczyć. Nie spodziewaj się niczego więcej ani od życia, ani od ludzi, którzy cię otaczają.
A zatem powodem małżeństwa Websterów nie była namiętna miłość... tak samo jak w przypadku małżeństwa babki Mai z ludu Hmongów.
Moglibyśmy zatem założyć, że taki związek jest małżeństwem bez miłości. Musimy być jednak ostrożni przy wyciąganiu podobnych wniosków. Wiem, że przynajmniej w przypadku Websterów nie mogę tego powiedzieć. W jesieni jej życia stwierdzono u pani Webster chorobę Alzheimera. Przez prawie dziesięć kolejnych lat ta krzepka niegdyś kobieta stopniowo podupadała, sprawiając ból wszystkim wokół. Jej mąż – ten pragmatyczny, jankeski gospodarz – zajmował się swoją żoną przez cały czas jej powolnego umierania. Kąpał ją, karmił, tkwił przy niej, żeby nie zrobiła sobie krzywdy, nauczył się znosić straszne konsekwencje rozpadu jej osobowości. Troszczył się o nią, choć od dawna go nie poznawała... nawet wtedy, kiedy już siebie nie poznawała. Każdej niedzieli pan Webster ubierał ładnie swoją żonę, sadzał w wózku inwalidzkim i zawoził na mszę do tego samego kościoła, w którym sześćdziesiąt lat wcześniej brali ślub. Robił to dlatego, że Lillian uwielbiała ten kościół, a on wiedział, że doceniłaby ten gest, gdyby tylko mogła. Siadał w ławce obok żony i trzymał jej rękę, podczas gdy ona powoli usuwała się w nicość. I jeśli to nie jest miłość, to niech mi ktoś wyjaśni, co nią jest.
Musimy jednak być ostrożni i nie zakładać, że wszystkie aranżowane małżeństwa w historii i wszystkie małżeństwa z rozsądku, i wszystkie małżeństwa zaczynające się porwaniem muszą przynieść lata zadowolenia. Pod tym względem Websterowie mieli szczęście. (Choć należy podejrzewać, że włożyli też w swoje małżeństwo dużo wysiłku.) Pan Webster i lud Hmong mogą natomiast wyznawać pewną wspólną koncepcję, taką mianowicie, że uczucie na początku małżeństwa nie jest aż tak ważne jak to na końcu, po wielu latach wspólnego życia. Co więcej, prawdopodobnie zgodziliby się również ze sobą, że nie istnieje żadna konkretna osoba, która czeka na człowieka gdzieś w świecie, by go w pełni uszczęśliwić, ale że jest wiele ludzi (prawdopodobnie tuż obok), z którymi można nawiązać bliską i pełną szacunku więź. Można wtedy latami żyć i pracować u boku tej osoby, z nadzieją, że z czasem związek zaowocuje czułością i poczuciem jedności.
Pod koniec wizyty w domu rodziny Mai zrozumiałam jasno i dogłębnie tę koncepcję, kiedy zadałam starej kobiecie ostatnie pytanie, które także wydało jej się dziwaczne i niezrozumiałe.
– Czy twój mężczyzna jest dobrym mężem? – spytałam.
Staruszka musiała poprosić wnuczkę o kilkakrotne powtórzenie pytania, żeby się upewnić, czy dobrze usłyszała: Czy on jest dobrym mężem? Potem popatrzyła na mnie rozbawiona, zupełnie jakbym spytała: „A te kamienie, z których zbudowane są wasze góry... to są dobre kamienie?”
Najlepsza odpowiedź, jaką udało jej się wymyślić, brzmiała: Jej mąż nie jest ani dobrym, ani złym mężem.
Jest po prostu mężem. Jest taki, jacy są mężowie. Kiedy o nim mówiła, miałam wrażenie, jakby słowo „mąż” oznaczało bardziej zawód, a nawet jakiś odrębny gatunek, niż konkretną, ukochaną lub irytującą osobę. Rola „męża” była dość prosta, obejmowała zbiór zadań, z których jej mężczyzna najwyraźniej wywiązywał się w zadowalającym stopniu przez całe ich wspólne życie... podobnie, jak stwierdziła, inni mężowie, chyba że kobieta miała pecha i trafił jej się wyjątkowy niedołęga. Staruszka posunęła się nawet do stwierdzenia, że w ostatecznym rozrachunku nieważne jest, którego mężczyznę kobieta poślubi. Poza rzadkimi wyjątkami mężczyźni są w zasadzie tacy sami.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytałam.
– Wszyscy mężczyźni są tacy sami i wszystkie kobiety są takie same, na ogół – wyjaśniła dokładniej. – Każdy to wie.
Pozostałe panie kiwały potakująco głowami.
Pozwolę sobie przerwać na chwilę i bez ogródek stwierdzić coś, co może być absolutnie oczywiste.
D l a m n i e j e s t j u ż z a p o ź n o, b y b y ć k o b i e t ą H m o n g o w.
Rany boskie, dla mnie jest już nawet za późno, by być Websterem.
Urodziłam się pod koniec dwudziestego wieku w rodzinie amerykańskiej klasy średniej. Podobnie jak nieprzeliczone miliony innych żyjących współcześnie ludzi, urodzonych w podobnych okolicznościach, zostałam wychowana w przekonaniu, że jestem kimś wyjątkowym.
Moi rodzice (którzy nie byli ani hipisami, ani radykałami, i wręcz dwukrotnie głosowali na Ronalda Reagana) uważali po prostu, że ich dzieci posiadają szczególnego rodzaju dary i marzenia różniące je od innych dzieci. Zawsze doceniano moją „mojość” i co więcej, postrzegano jako coś innego od „jejości” mojej siostry czy „ichności” moich przyjaciół i od „wszystkoinności” wszystkich innych. Choć na pewno rodzice mnie nie rozpuszczali, to wierzyli, że moje szczęście osobiste jest ważne i że powinnam uczyć się tak kształtować swoje życie, żeby znaleźć w nim zadowolenie.
Muszę tu dodać, że wszystkich moich przyjaciół i krewnych wychowano w podobnym przekonaniu.
Z wyjątkiem członków najbardziej konserwatywnych rodzin oraz rodzin, które dopiero niedawno osiedliły się w Stanach, wszyscy znani mi ludzie na jakimś podstawowym poziomie podzielali zakładany w naszej kulturze szacunek dla każdego pojedynczego człowieka. Niezależnie od wyznawanej religii i sytuacji materialnej, wszyscy przyjmowaliśmy ten sam dogmat, który mogę określić jako historycznie bardzo niedawny i bardzo zachodni, a który można sprowadzić do stwierdzenia: „Jesteś ważny”.
Nie zamierzam sugerować, jakoby Hmongowie uważali, że ich dzieci nie są ważne; wręcz przeciwnie, w kręgach antropologów słyną z tego, że tworzą wyjątkowo mocno kochające się rodziny. W żadnym razie nie jest to jednak społeczność, która modliłaby się przed ołtarzem indywidualnego wyboru. Jak w większości społeczeństw tradycyjnych, dogmat rodziny Hmongów nie brzmiałby „Jesteś ważny”, ale „Ważna jest twoja rola”. W życiu są bowiem, o czym wiedział każdy w tej wiosce, zadania do wykonania – niektóre należą do mężczyzn, inne do kobiet – i wszyscy muszą wnieść swój wkład zależnie od posiadanych umiejętności. Jeśli wywiążesz się ze swoich zadań, możesz iść spać z poczuciem, że jesteś porządnym mężczyzną albo porządną kobietą, i to ci ma wystarczyć. Nie spodziewaj się niczego więcej ani od życia, ani od ludzi, którzy cię otaczają.
Spotkanie z kobietami Hmongów tamtego dnia przypomniało mi popularne powiedzenie: „Nadzieja matką głupich”. Mojej przyjaciółce, starszej pani z ludu Hmongów, nie powiedziano nigdy, że zadaniem jej męża jest ją uszczęśliwić. Przede wszystkim nie kazano jej myśleć, że jej życiowym zadaniem jest czuć się szczęśliwą. Ponieważ nigdy niczego takiego nie oczekiwała, nie miała okazji rozczarować się swoim małżeństwem. Jej małżeństwo spełniło swoją rolę, zrealizowało niezbędne społeczne zadanie, było takie, jakie było, i o to chodziło.
Mnie jednak zawsze uczono czegoś przeciwnego: tego, że pogoń za szczęściem jest moim naturalnym (nawet n a r o d o w y m) prawem, przysługującym z tytułu urodzenia.
Poszukiwanie szczęścia jest uczuciowym znakiem firmowym mojej kultury. I to nie zwykłego, jakiegoś tam szczęścia, ale szczęścia głębokiego, wręcz bezgranicznego.
A cóż może przynieść człowiekowi większe szczęście niż romantyczna miłość? Mnie przynajmniej nasza kultura zawsze uczyła, że małżeństwo powinno być zadbaną cieplarnią, w której mogą rozkwitać romantyczne uczucia.
I tak w tej nieco chwiejnej cieplarni mojego pierwszego małżeństwa pielęgnowałam całe rządki wielkich nadziei, jak legendarny Johnny Appleseed jabłonki w swoich szkółkach.
Moje starania dały tylko gorzkie owoce.
Odnoszę wrażenie, że gdybym spróbowała wyjaśnić to wszystko staruszce Hmongów, nie miałaby pojęcia, o co, u licha, mi chodzi. Pewno zareagowałaby dokładnie tak, jak zareagowała pewna wiekowa kobieta w południowych Włoszech, kiedy jej się przyznałam, że odeszłam od męża, bo małżeństwo mnie unieszczęśliwiało.
– A kto jest szczęśliwy? – spytała od niechcenia tamta włoska wdowa i wzruszeniem ramion zamknęła temat.
Chcę, żeby mnie dobrze zrozumiano. Nie zamierzam idealizować tego, ach jakże nieskomplikowanego życia mieszkańców położonej w malowniczej okolicy wsi. Powiem jasno, że za nic nie zamieniłabym się z żadną z tych kobiet, jakie spotkałam w tej wietnamskiej wiosce. Nie chciałabym żyć tak jak one, choćby z samych powodów dentystycznych.
Poza tym przyjęcie ich spojrzenia na świat byłoby niedorzeczne i obraźliwe dla mnie. Co więcej, nieubłagany postęp przemysłowy powoduje, że w nadchodzących latach to raczej Hmongowie przyjmą mój sposób widzenia świata.
Prawdę mówiąc, ten proces już się rozpoczął. Kiedy dziewczęta takie jak dwunastoletnia Mai z powodu zalewu turystów natykają się na nowoczesne kobiety z Zachodu takie jak ja, doświadczają pierwszych krytycznych chwil kulturowego zawahania. Nazywam to „momentem poczekaj chwilę”, kiedy to dziewczyna z tradycyjnej kultury zaczyna się zastanawiać, co właściwie ma z tego, że wyjdzie za mąż w wieku trzynastu lat i wkrótce urodzi dzieci.
Myśli, czy przypadkiem nie chciałaby dokonać zupełnie innego wyboru, a może w ogóle wolałaby mieć możliwość dokonywania rożnych wyborów. Kiedy już dziewczęta z zamkniętych społeczności zaczynają snuć takie myśli, rozpętuje się piekło. Mai – władająca trzema językami, inteligentna i spostrzegawcza – już zdążyła dostrzec inne życiowe możliwości. Nie minie wiele czasu, a zacznie mieć wymagania. Innymi słowy: nawet dla Hmongów może już być za późno, by pozostali Hmongami.
Zatem nie, nie mam ochoty – wręcz nie potrafię – wyzbyć się indywidualistycznych pragnień, które są przysługującym mi z urodzenia prawem nowoczesności. Jak większość ludzi, skoro już rozłożono przede mną wachlarz możliwości, zawsze będę za posiadaniem większej liczby życiowych wyborów: wyborów, które coś wyrażają, są jak najbardziej indywidualne, czasem niezrozumiałe i niewybaczalne, nawet ryzykowne... ale jednak zawsze własne.
Prawdę mówiąc, od samej liczby możliwości, jakie zdążyło roztoczyć przede mną życie – żenująco rozmaitej kawalkady – babcia Mai dostałaby zawrotu głowy. W rezultacie takich osobistych swobód moje życie należy do mnie i odzwierciedla mnie samą w stopniu niewyobrażalnym dla mieszkanek gór północnego Wietnamu, nawet w obecnych czasach. Zupełnie jakbym należała do nowego gatunku kobiet (człowiek nieograniczony, można by nas nazwać).
I podczas kiedy my, należące do tego nowego, wspaniałego gatunku, rzeczywiście posiadamy rozległe, wspaniałe, niemal nieograniczone możliwości, to jednak należy pamiętać, że nasze życie niesie ładunek zagrożeń innego rodzaju. Jesteśmy narażone na emocjonalne rozchwianie i nerwice, które zapewne są u Hmongów rzadkością, natomiast szerzą się wśród współczesnych mi kobiet, choćby w Baltimore.
Mówiąc najprościej, problemem jest to, że n i e może my wybrać jednocześnie w s z y s t k i e g o. Dochodzi do sytuacji, w których niebezpiecznie poraża nas brak zdecydowania, ponieważ boimy się, że każdy wybór może się okazać zły (mam przyjaciółkę, która po fakcie zawsze żałuje swoich decyzji, i jej mąż żartuje, że swoją autobiografię mogłaby zatytułować Trzeba było jednak zamówić krewetki). Równie niepokojące bywają te chwile, kiedy rzeczywiście podejmujesz decyzję, a potem masz uczucie, jakbyś zamordowała jakiś inny aspekt samej siebie, podejmując właśnie tę jedną, konkretną decyzję. Obawiasz się, że wybierając drzwi numer trzy, zabiłaś jakąś inną – ale równie ważną – część swojej duszy, która mogłaby się objawić, jedynie gdybyś przeszła przez drzwi numer jeden lub numer dwa.
Mnie jednak zawsze uczono czegoś przeciwnego: tego, że pogoń za szczęściem jest moim naturalnym (nawet n a r o d o w y m) prawem, przysługującym z tytułu urodzenia.
Poszukiwanie szczęścia jest uczuciowym znakiem firmowym mojej kultury. I to nie zwykłego, jakiegoś tam szczęścia, ale szczęścia głębokiego, wręcz bezgranicznego.
A cóż może przynieść człowiekowi większe szczęście niż romantyczna miłość? Mnie przynajmniej nasza kultura zawsze uczyła, że małżeństwo powinno być zadbaną cieplarnią, w której mogą rozkwitać romantyczne uczucia.
I tak w tej nieco chwiejnej cieplarni mojego pierwszego małżeństwa pielęgnowałam całe rządki wielkich nadziei, jak legendarny Johnny Appleseed jabłonki w swoich szkółkach.
Moje starania dały tylko gorzkie owoce.
Odnoszę wrażenie, że gdybym spróbowała wyjaśnić to wszystko staruszce Hmongów, nie miałaby pojęcia, o co, u licha, mi chodzi. Pewno zareagowałaby dokładnie tak, jak zareagowała pewna wiekowa kobieta w południowych Włoszech, kiedy jej się przyznałam, że odeszłam od męża, bo małżeństwo mnie unieszczęśliwiało.
– A kto jest szczęśliwy? – spytała od niechcenia tamta włoska wdowa i wzruszeniem ramion zamknęła temat.
Chcę, żeby mnie dobrze zrozumiano. Nie zamierzam idealizować tego, ach jakże nieskomplikowanego życia mieszkańców położonej w malowniczej okolicy wsi. Powiem jasno, że za nic nie zamieniłabym się z żadną z tych kobiet, jakie spotkałam w tej wietnamskiej wiosce. Nie chciałabym żyć tak jak one, choćby z samych powodów dentystycznych.
Poza tym przyjęcie ich spojrzenia na świat byłoby niedorzeczne i obraźliwe dla mnie. Co więcej, nieubłagany postęp przemysłowy powoduje, że w nadchodzących latach to raczej Hmongowie przyjmą mój sposób widzenia świata.
Prawdę mówiąc, ten proces już się rozpoczął. Kiedy dziewczęta takie jak dwunastoletnia Mai z powodu zalewu turystów natykają się na nowoczesne kobiety z Zachodu takie jak ja, doświadczają pierwszych krytycznych chwil kulturowego zawahania. Nazywam to „momentem poczekaj chwilę”, kiedy to dziewczyna z tradycyjnej kultury zaczyna się zastanawiać, co właściwie ma z tego, że wyjdzie za mąż w wieku trzynastu lat i wkrótce urodzi dzieci.
Myśli, czy przypadkiem nie chciałaby dokonać zupełnie innego wyboru, a może w ogóle wolałaby mieć możliwość dokonywania rożnych wyborów. Kiedy już dziewczęta z zamkniętych społeczności zaczynają snuć takie myśli, rozpętuje się piekło. Mai – władająca trzema językami, inteligentna i spostrzegawcza – już zdążyła dostrzec inne życiowe możliwości. Nie minie wiele czasu, a zacznie mieć wymagania. Innymi słowy: nawet dla Hmongów może już być za późno, by pozostali Hmongami.
Zatem nie, nie mam ochoty – wręcz nie potrafię – wyzbyć się indywidualistycznych pragnień, które są przysługującym mi z urodzenia prawem nowoczesności. Jak większość ludzi, skoro już rozłożono przede mną wachlarz możliwości, zawsze będę za posiadaniem większej liczby życiowych wyborów: wyborów, które coś wyrażają, są jak najbardziej indywidualne, czasem niezrozumiałe i niewybaczalne, nawet ryzykowne... ale jednak zawsze własne.
Prawdę mówiąc, od samej liczby możliwości, jakie zdążyło roztoczyć przede mną życie – żenująco rozmaitej kawalkady – babcia Mai dostałaby zawrotu głowy. W rezultacie takich osobistych swobód moje życie należy do mnie i odzwierciedla mnie samą w stopniu niewyobrażalnym dla mieszkanek gór północnego Wietnamu, nawet w obecnych czasach. Zupełnie jakbym należała do nowego gatunku kobiet (człowiek nieograniczony, można by nas nazwać).
I podczas kiedy my, należące do tego nowego, wspaniałego gatunku, rzeczywiście posiadamy rozległe, wspaniałe, niemal nieograniczone możliwości, to jednak należy pamiętać, że nasze życie niesie ładunek zagrożeń innego rodzaju. Jesteśmy narażone na emocjonalne rozchwianie i nerwice, które zapewne są u Hmongów rzadkością, natomiast szerzą się wśród współczesnych mi kobiet, choćby w Baltimore.
Mówiąc najprościej, problemem jest to, że n i e może my wybrać jednocześnie w s z y s t k i e g o. Dochodzi do sytuacji, w których niebezpiecznie poraża nas brak zdecydowania, ponieważ boimy się, że każdy wybór może się okazać zły (mam przyjaciółkę, która po fakcie zawsze żałuje swoich decyzji, i jej mąż żartuje, że swoją autobiografię mogłaby zatytułować Trzeba było jednak zamówić krewetki). Równie niepokojące bywają te chwile, kiedy rzeczywiście podejmujesz decyzję, a potem masz uczucie, jakbyś zamordowała jakiś inny aspekt samej siebie, podejmując właśnie tę jedną, konkretną decyzję. Obawiasz się, że wybierając drzwi numer trzy, zabiłaś jakąś inną – ale równie ważną – część swojej duszy, która mogłaby się objawić, jedynie gdybyś przeszła przez drzwi numer jeden lub numer dwa.
Filozof Odo Marquard odnotował istniejącą w języku niemieckim korelację pomiędzy słowem zwei, które oznacza „dwa”, i słowem zweifel, oznaczającym „wątpliwość”...
co sugeruje, że możliwość wyboru między dwiema sztukami czegokolwiek automatycznie wprowadza do naszego życia element niepewności. Wyobraźcie sobie bowiem życie, w którym codziennie trzeba dokonywać wyboru nie dwa czy trzy, ale dziesiątki razy, a zrozumiecie, dlaczego współczesny świat pomimo swoich zalet stał się nerwicującą machiną najwyższego rzędu. W świecie obfitującym w możliwości wiele z nas ogarnia bezradność z powodu nieumiejętności podejmowania decyzji. Albo zatrzymujemy się co chwilę na swojej życiowej drodze, by sprawdzić jakieś drzwi, za które nie zajrzeliśmy za pierwszym razem, teraz przekonane, że w końcu dobrze trafimy. Albo zdarza się, że wpadamy w nałóg nieustannego porównywania swojego życia z życiem innej osoby i nic, tylko zastanawiamy się, czy nie należało jednak pójść tamtą ścieżką.
Oczywiście takie nałogowe porównywanie prowadzi jedynie do beznadziejnej przypadłości, którą Nietzsche nazywał Lebensneid, czyli do ogólnej zawiści wobec wszystkich. Może się ona objawiać przekonaniem, że innej kobiecie o wiele bardziej się poszczęściło i gdybyśmy tylko miały j e j ciało, j e j męża, j e j dzieci, j e j pracę, wszystko byłoby łatwe, cudowne i radosne. (Moja przyjaciółka, terapeutka, określa ten problem następująco: „Wszystko sprowadza się do tego, że moje samotne pacjentki po cichu marzą o małżeństwie, a moje zamężne pacjentki po cichu marzą o życiu w pojedynkę”.) Skoro ciągle dręczy nas niepewność, każda podjęta decyzja staje się automatycznie potępieniem decyzji wszystkich innych osób, a ponieważ nie istnieje już żaden uniwersalny model „porządnego mężczyzny” ani „porządnej kobiety”, trzeba zdobyć osobistą sprawność w zakresie uczuciowej orientacji i nawigacji, by moc odnaleźć swoją drogę przez życie.
Wszystkie roztaczające się przed nami możliwości wyboru i wszystkie nasze pragnienia mogą wytworzyć dziwaczne dręczące uczucie niepokoju... jakby duchy tych wszystkich innych, pominiętych możliwości czaiły się gdzieś w mrocznym świecie wokół nas i nieustannie pytały: „Czy jesteś pewna, że n a p r a w d ę tego chciałaś?” I w żadnych innych okolicznościach to pytanie nie będzie nas dręczyć bardziej niż w naszym małżeństwie, właśnie dlatego, że stawka emocjonalna tego najbardziej osobistego z wyborów stała się tak ogromna.
Wierzcie mi, współczesne zachodnie małżeństwo ma sporo przewag nad tradycyjnym małżeństwem Hmongów (poczynając od braku ryzyka porwania) i powtórzę w tym miejscu: Nie zamieniłabym się z tamtymi kobietami.
One nigdy nie poznają zakresu mojej wolności; nigdy nie zdobędą mojego wykształcenia; nigdy nie będą miały mojego zdrowia i statusu materialnego; nigdy nie będzie im dane odkryć tak wielu aspektów własnej natury. Istnieje jednak pewien zasadniczy dar, który panna młoda z ludu Hmongów otrzymuje z okazji ślubu, a który tak często jest nieosiągalny dla nowoczesnej panny młodej – dar pewności. Kiedy masz wytyczoną tylko jedną ścieżkę, możesz czuć pewność, że jest to ścieżka właściwa. Może więc panna młoda, której oczekiwania związane z małżeństwem już na samym początku nie są zbyt wygórowane, nie jest narażona na ryzyko druzgocących rozczarowań.
Przyznaję, że do dziś nie mam pewności, w jaki sposób wykorzystać tę informację. Jakoś nie potrafię się zmusić, by uznać za oficjalne motto zwykłe: „Mniej wymagań!” Nie uważam, że należy radzić młodej kobiecie w przeddzień ślubu, żeby nie miała zbyt wielkich oczekiwań, a będzie szczęśliwa. Taki sposób myślenia kłoci się z wszelkimi współczesnymi naukami, jakie sobie przyswoiłam. Poza tym widywałam już, jak podobna taktyka przynosiła odwrotne do zamierzonych skutki. Miałam koleżankę, która celowo zawęziła swoje życiowe cele, jakby chciała się zaszczepić przeciwko zbyt ambitnym oczekiwaniom. Zrezygnowała z kariery zawodowej i machnęła ręką na zamiłowanie do podroży, wracając do domu i wychodząc za mąż za swojego chłopaka z liceum. Bez najmniejszych wahań oświadczyła, że będzie „tylko” żoną i matką. Prostotę takiego układu uznała za całkowicie bezpieczną... szczególnie w porównaniu z niezdecydowanym miotaniem się jej bardziej ambitnych koleżanek (ze mną włącznie). Jednak kiedy dwanaście lat później mąż ją zostawił dla młodszej kobiety, poczuła się straszliwie oszukana i zareagowała niewyobrażalnie zaciekle.
Załamała się pod ciężarem pretensji, nie tyle do męża, ile całego świata, który w jej pojęciu złamał święty kontrakt.
„Chciałam t a k n i e w i e l e”, powtarzała w kółko, jakby te niewielkie wymagania miały ją chronić przed rozczarowaniami.
Myślę jednak, że się myliła; w rzeczywistości chciała bardzo wiele. Ośmielała się pragnąć szczęścia i liczyła, że zapewni jej to małżeństwo. To są bardzo duże wymagania.
Może wypadałoby teraz, w przededniu mojego powtórnego zamążpójścia, przyznać się przed sobą, że ja również mam duże wymagania. Oczywiście, że tak. To znak naszych czasów. Pozwolono mi oczekiwać od życia wspaniałych rzeczy. Przyzwyczajono, że mam prawo znajdować w życiu i samym doświadczaniu miłości o wiele więcej, niż kobietom kiedykolwiek wcześniej mogło przyjść do głowy.
Jeśli chodzi o sferę uczuć, to chcę od swojego mężczyzny wielu rzeczy, i do tego chcę ich jednocześnie. Przypomina mi to pewną historię, którą opowiedziała mi kiedyś moja siostra. Otóż pewna Angielka odwiedziła Stany Zjednoczone zimą 1919 roku i zgorszona pisała w liście do domu, że w tym dziwnym kraju mieszkają ludzie, którzy życzą sobie, żeby im było ciepło we wszystkie części ciała jednocześnie!
Popołudnie spędzone z kobietami Hmongów na rozmowie o małżeństwie kazało mi się zastanowić, czy przypadkiem nie mam podobnych wymagań w sprawach serca... i oczekuję od kochanka, by w sposób magiczny ogrzewał jednocześnie każdą część mojego uczuciowego „ja”.
My, Amerykanie, lubimy powtarzać, że małżeństwo to ciężka praca. Nie jestem pewna, czy Hmongowie byliby w stanie pojąć to stwierdzenie. Oczywiście, życie to ciężka praca, a pracą jest bardzo ciężka praca – jestem pewna, że z tym by się zgodzili – ale jak małżeństwo staje się ciężką pracą? Ano tak: Małżeństwo staje cię ciężką pracą, kiedy całe szczęście, jakiego oczekujemy od życia, składamy w ręce zaledwie jednej osoby. Dopilnowanie, by to funkcjonowało, jest ciężką pracą. Przeprowadzony niedawno wśród młodych kobiet amerykańskich sondaż wykazał, że kobiety w dzisiejszych czasach poszukują męża, który by je inspirował, co jest przecież wygórowanym oczekiwaniem.
Dla porównania, młode kobiety badane w latach dwudziestych XX wieku wybierały partnera, odwołując się raczej do takich cech mężczyzny, jak przyzwoitość, uczciwość i umiejętność utrzymania rodziny. Teraz to już przestało wystarczać. Teraz chcemy, żeby mężowie nas i n s p i r o w a l i! Codziennie. Do roboty, skarbie!
Dokładnie tego oczekiwałam kiedyś od miłości (inspiracji, sielanki) i już miałam zamiar tego samego oczekiwać od Felipe... mamy być dla siebie jedynym źródłem radości i szczęścia. Naszym jedynym zadaniem jako małżonków jest być całym światem dla tej drugiej osoby.
Takie było moje przekonanie do tej pory.
I pewnie dalej bym w nim beztrosko tkwiła, gdyby moje spotkanie z Hmongami nie dało mi do myślenia: Pierwszy raz w życiu przyszło mi do głowy, że może za wiele wymagam od miłości. A przynajmniej, że może zbyt wiele się spodziewam po małżeństwie. Chyba przeciążyłam ładunkiem oczekiwań tę starą rozklekotaną łajbę małżeństwa. Nie to było jej przeznaczeniem.
co sugeruje, że możliwość wyboru między dwiema sztukami czegokolwiek automatycznie wprowadza do naszego życia element niepewności. Wyobraźcie sobie bowiem życie, w którym codziennie trzeba dokonywać wyboru nie dwa czy trzy, ale dziesiątki razy, a zrozumiecie, dlaczego współczesny świat pomimo swoich zalet stał się nerwicującą machiną najwyższego rzędu. W świecie obfitującym w możliwości wiele z nas ogarnia bezradność z powodu nieumiejętności podejmowania decyzji. Albo zatrzymujemy się co chwilę na swojej życiowej drodze, by sprawdzić jakieś drzwi, za które nie zajrzeliśmy za pierwszym razem, teraz przekonane, że w końcu dobrze trafimy. Albo zdarza się, że wpadamy w nałóg nieustannego porównywania swojego życia z życiem innej osoby i nic, tylko zastanawiamy się, czy nie należało jednak pójść tamtą ścieżką.
Oczywiście takie nałogowe porównywanie prowadzi jedynie do beznadziejnej przypadłości, którą Nietzsche nazywał Lebensneid, czyli do ogólnej zawiści wobec wszystkich. Może się ona objawiać przekonaniem, że innej kobiecie o wiele bardziej się poszczęściło i gdybyśmy tylko miały j e j ciało, j e j męża, j e j dzieci, j e j pracę, wszystko byłoby łatwe, cudowne i radosne. (Moja przyjaciółka, terapeutka, określa ten problem następująco: „Wszystko sprowadza się do tego, że moje samotne pacjentki po cichu marzą o małżeństwie, a moje zamężne pacjentki po cichu marzą o życiu w pojedynkę”.) Skoro ciągle dręczy nas niepewność, każda podjęta decyzja staje się automatycznie potępieniem decyzji wszystkich innych osób, a ponieważ nie istnieje już żaden uniwersalny model „porządnego mężczyzny” ani „porządnej kobiety”, trzeba zdobyć osobistą sprawność w zakresie uczuciowej orientacji i nawigacji, by moc odnaleźć swoją drogę przez życie.
Wszystkie roztaczające się przed nami możliwości wyboru i wszystkie nasze pragnienia mogą wytworzyć dziwaczne dręczące uczucie niepokoju... jakby duchy tych wszystkich innych, pominiętych możliwości czaiły się gdzieś w mrocznym świecie wokół nas i nieustannie pytały: „Czy jesteś pewna, że n a p r a w d ę tego chciałaś?” I w żadnych innych okolicznościach to pytanie nie będzie nas dręczyć bardziej niż w naszym małżeństwie, właśnie dlatego, że stawka emocjonalna tego najbardziej osobistego z wyborów stała się tak ogromna.
Wierzcie mi, współczesne zachodnie małżeństwo ma sporo przewag nad tradycyjnym małżeństwem Hmongów (poczynając od braku ryzyka porwania) i powtórzę w tym miejscu: Nie zamieniłabym się z tamtymi kobietami.
One nigdy nie poznają zakresu mojej wolności; nigdy nie zdobędą mojego wykształcenia; nigdy nie będą miały mojego zdrowia i statusu materialnego; nigdy nie będzie im dane odkryć tak wielu aspektów własnej natury. Istnieje jednak pewien zasadniczy dar, który panna młoda z ludu Hmongów otrzymuje z okazji ślubu, a który tak często jest nieosiągalny dla nowoczesnej panny młodej – dar pewności. Kiedy masz wytyczoną tylko jedną ścieżkę, możesz czuć pewność, że jest to ścieżka właściwa. Może więc panna młoda, której oczekiwania związane z małżeństwem już na samym początku nie są zbyt wygórowane, nie jest narażona na ryzyko druzgocących rozczarowań.
Przyznaję, że do dziś nie mam pewności, w jaki sposób wykorzystać tę informację. Jakoś nie potrafię się zmusić, by uznać za oficjalne motto zwykłe: „Mniej wymagań!” Nie uważam, że należy radzić młodej kobiecie w przeddzień ślubu, żeby nie miała zbyt wielkich oczekiwań, a będzie szczęśliwa. Taki sposób myślenia kłoci się z wszelkimi współczesnymi naukami, jakie sobie przyswoiłam. Poza tym widywałam już, jak podobna taktyka przynosiła odwrotne do zamierzonych skutki. Miałam koleżankę, która celowo zawęziła swoje życiowe cele, jakby chciała się zaszczepić przeciwko zbyt ambitnym oczekiwaniom. Zrezygnowała z kariery zawodowej i machnęła ręką na zamiłowanie do podroży, wracając do domu i wychodząc za mąż za swojego chłopaka z liceum. Bez najmniejszych wahań oświadczyła, że będzie „tylko” żoną i matką. Prostotę takiego układu uznała za całkowicie bezpieczną... szczególnie w porównaniu z niezdecydowanym miotaniem się jej bardziej ambitnych koleżanek (ze mną włącznie). Jednak kiedy dwanaście lat później mąż ją zostawił dla młodszej kobiety, poczuła się straszliwie oszukana i zareagowała niewyobrażalnie zaciekle.
Załamała się pod ciężarem pretensji, nie tyle do męża, ile całego świata, który w jej pojęciu złamał święty kontrakt.
„Chciałam t a k n i e w i e l e”, powtarzała w kółko, jakby te niewielkie wymagania miały ją chronić przed rozczarowaniami.
Myślę jednak, że się myliła; w rzeczywistości chciała bardzo wiele. Ośmielała się pragnąć szczęścia i liczyła, że zapewni jej to małżeństwo. To są bardzo duże wymagania.
Może wypadałoby teraz, w przededniu mojego powtórnego zamążpójścia, przyznać się przed sobą, że ja również mam duże wymagania. Oczywiście, że tak. To znak naszych czasów. Pozwolono mi oczekiwać od życia wspaniałych rzeczy. Przyzwyczajono, że mam prawo znajdować w życiu i samym doświadczaniu miłości o wiele więcej, niż kobietom kiedykolwiek wcześniej mogło przyjść do głowy.
Jeśli chodzi o sferę uczuć, to chcę od swojego mężczyzny wielu rzeczy, i do tego chcę ich jednocześnie. Przypomina mi to pewną historię, którą opowiedziała mi kiedyś moja siostra. Otóż pewna Angielka odwiedziła Stany Zjednoczone zimą 1919 roku i zgorszona pisała w liście do domu, że w tym dziwnym kraju mieszkają ludzie, którzy życzą sobie, żeby im było ciepło we wszystkie części ciała jednocześnie!
Popołudnie spędzone z kobietami Hmongów na rozmowie o małżeństwie kazało mi się zastanowić, czy przypadkiem nie mam podobnych wymagań w sprawach serca... i oczekuję od kochanka, by w sposób magiczny ogrzewał jednocześnie każdą część mojego uczuciowego „ja”.
My, Amerykanie, lubimy powtarzać, że małżeństwo to ciężka praca. Nie jestem pewna, czy Hmongowie byliby w stanie pojąć to stwierdzenie. Oczywiście, życie to ciężka praca, a pracą jest bardzo ciężka praca – jestem pewna, że z tym by się zgodzili – ale jak małżeństwo staje się ciężką pracą? Ano tak: Małżeństwo staje cię ciężką pracą, kiedy całe szczęście, jakiego oczekujemy od życia, składamy w ręce zaledwie jednej osoby. Dopilnowanie, by to funkcjonowało, jest ciężką pracą. Przeprowadzony niedawno wśród młodych kobiet amerykańskich sondaż wykazał, że kobiety w dzisiejszych czasach poszukują męża, który by je inspirował, co jest przecież wygórowanym oczekiwaniem.
Dla porównania, młode kobiety badane w latach dwudziestych XX wieku wybierały partnera, odwołując się raczej do takich cech mężczyzny, jak przyzwoitość, uczciwość i umiejętność utrzymania rodziny. Teraz to już przestało wystarczać. Teraz chcemy, żeby mężowie nas i n s p i r o w a l i! Codziennie. Do roboty, skarbie!
Dokładnie tego oczekiwałam kiedyś od miłości (inspiracji, sielanki) i już miałam zamiar tego samego oczekiwać od Felipe... mamy być dla siebie jedynym źródłem radości i szczęścia. Naszym jedynym zadaniem jako małżonków jest być całym światem dla tej drugiej osoby.
Takie było moje przekonanie do tej pory.
I pewnie dalej bym w nim beztrosko tkwiła, gdyby moje spotkanie z Hmongami nie dało mi do myślenia: Pierwszy raz w życiu przyszło mi do głowy, że może za wiele wymagam od miłości. A przynajmniej, że może zbyt wiele się spodziewam po małżeństwie. Chyba przeciążyłam ładunkiem oczekiwań tę starą rozklekotaną łajbę małżeństwa. Nie to było jej przeznaczeniem.