• rozdział 11
  • rozdział 72
  • rozdział 95
  • rozdział 95 cd
Pierwszy posiłek, jaki zjadłam w Rzymie, był całkiem skromny. Makaron domowej roboty (spaghetti carbonara) ze szpinakiem i czosnkiem. (Wielki poeta romantyczny Shelley napisał kiedyś wstrząśnięty w liście do przyjaciela w Anglii na temat włoskiej kuchni: „Młode kobiety z towarzystwa jedzą tutaj – nigdy byś nie zgadł – CZOSNEK!”) Spróbowałam karczocha; Rzymianie są bardzo dumni ze swoich karczochów. Potem czekała mnie niespodzianka w postaci przystawki, którą kelnerka podała gratis – porcji smażonych kwiatów cukinii z odrobiną sera pośrodku (przygotowanych z taką delikatnością, że prawdopodobnie kwiatki nie zdążyły nawet zauważyć rozstania się z łodygą). Po spaghetti spróbowałam cielęciny. Aha, wypiłam też karafkę podawanego w tym lokalu czerwonego stołowego wina, sama, całą. I zjadłam trochę ciepłego chleba z solą i oliwą z oliwek. Na deser tiramisu.
Kiedy po posiłku wracałam do domu, około godziny jedenastej, z jednego z pobliskich domów dochodził hałas, przypominało to zabawę siedmiolatków... może przyjęcie urodzinowe? Śmiech i wrzaski, i bieganie. Wspięłam się na schody do swojego mieszkania, położyłam na swoim nowym łóżku i zgasiłam światło. Czekałam, kiedy zacznę płakać albo się zamartwiać, ponieważ zawsze tak się działo, kiedy gasło światło, ale czułam się całkiem nieźle. Właściwie czułam się dobrze. Zaczęłam wręcz odczuwać pierwsze objawy zadowolenia.
Moje zmęczone ciało zapytało mój zmęczony umysł: „Więc tylko tego ci brakowało?”
Odpowiedzi nie było. Spałam.
Dwa wiersze z aśramy w Indiach

Pierwszy

Cała ta gadka o nektarze i o błogości zaczyna mnie wkurzać.
Nie wiem jak ty, mój przyjacielu,
Ale moja ścieżka do Boga to nie woń kadzidła.
To kot wpuszczony do gołębnika,
I ja jestem tym kotem... ale też tymi, które podnoszą wrzask przygwożdżone.

Moja ścieżka do Boga to bunt robotnika,
Nie będzie spokoju, póki nie utworzą związku.
Ich pikieta jest taka groźna,
Gwardia Narodowa nie zbliży się do nich.

Moją ścieżkę ubił przede mną do nieprzytomności
Drobny śniady człowiek, którego nigdy nie widziałam,
Który ścigał Boga przez całe Indie, po kolana w błocie,
Boso i na głodniaka, z malarią we krwi,
Śpiąc w bramach, pod mostami... bezdomny,
Zmierzający do domu.
A teraz ściga mnie, mówiąc: Rozumiesz już, Liz?
Co oznacza ZMIERZAĆ DO DOMU? Co znaczy ZMIERZAĆ?


Drugi

A przecież.
Gdyby można było nosić spodnie zrobione
Ze świeżo skoszonej tutaj trawy,
Robiłabym to.

Gdyby można było całować się namiętnie
Z każdym eukaliptusem w Gaju Ganeśi,
Przysięgam, robiłabym to.

Ostatnio pociłam się rosą,
Pozbywałam toksyn,
Ocierałam brodą o korę drzewa,
Biorąc je za nogę mojego mistrza.

Nie mogę dotrzeć wystarczająco głęboko.

Gdyby można było jeść tutejszą glebę
Podawaną na ptasich gniazdach,
Zjadłabym tylko połowę,
A na reszcie przespała całą noc.
Wreszcie usiadłam z Wayan i powiedziałam jej o pieniądzach, które zebrałam na jej dom. Wyjaśniłam, że życzyłam sobie takiego prezentu z okazji moich urodzin, pokazałam listę nazwisk, a potem podałam ostateczną sumę: osiemnaście tysięcy dolarów amerykańskich. Najpierw była wstrząśnięta do tego stopnia, że twarz jej zastygła w rozpaczy. To dziwne, a jednocześnie prawdziwe, że czasami silne uczucia powodują reakcję na jakieś doniosłe wydarzenie odwrotną, niż wskazywałaby logika. Taka jest bezwzględna wartość ludzkich emocji – radosne wydarzenia możemy odebrać jak wielki wstrząs w skali Richtera; głęboki smutek może objawić się wybuchem śmiechu. Wiadomość, jaką właśnie przekazałam Wa­yan, była dla niej zbyt trudna do przyswojenia, niemal ją zasmuciła, zatem przesiedziałam z nią kilka godzin, powtarzałam wielokrotnie całą historię i pokazywałam wciąż na nowo te liczby, aż wreszcie rzeczywistość zaczęła do niej docierać.
Jej pierwszą, jasno sformułowaną sensowną reakcją (zanim jeszcze się rozpłakała, uświadomiwszy sobie, że będzie mogła mieć ogród) była wypowiedziana w pośpiechu, jako niezwykle ważna, kwestia:
– Proszę, Liz, musisz wytłumaczyć wszystkim, którzy pomogli zebrać pieniądze, że to nie dom Wayan. To dom tych wszystkich, którzy jej pomogli. Jeśli ktoś z nich przyjedzie na Bali, nie wolno mu zatrzymać się w hotelu, dobrze? Powiedz im, że mają mieszkać w moim domu, dobrze? Obiecujesz im to powiedzieć? Nazwiemy go Dom Grupowy... Dom dla Wszystkich... Wtedy właśnie uświadomiła sobie, że będzie miała ogród, i się rozpłakała.
Powoli jednak zaczęła wyobrażać sobie otwierające się przed nią radosne perspektywy. Emocje wylewały się z niej strumieniem, sypała pomysłami jak z rękawa. Jeśli będzie miała dom, to może mieć małą biblioteczkę, na swoje wszystkie książki medyczne! I aptekę z tradycyjnymi lekami! I restaurację jak trzeba, z prawdziwymi krzesłami i stolikami (bo musiała sprzedać stare porządne krzesła i stoliki, żeby opłacić prowadzącego sprawę rozwodową prawnika). Jeśli będzie miała dom, nareszcie będzie mogła znaleźć się na liście „Lonely Planet”, które zawsze chciało zamieścić informację o jej usługach, ale nie mogło tego zrobić, bo nie miała stałego adresu. Jeśli będzie miała dom, Tutti wyda któregoś dnia urodzinowe przyjęcie!
Potem ponownie oprzytomniała i spoważniała.
– Jak mam ci dziękować, Liz? Dałabym ci wszystko. Gdybym miała męża, którego kocham, a tobie potrzebny byłby mężczyzna, dałabym ci mojego męża.
– Zatrzymaj sobie swojego męża, Wayan. Dopilnuj tylko, żeby Tutti poszła na studia.
– Co bym zrobiła, gdybyś tu nie przyjechała?
Ale przecież ja zawsze tu przyjeżdżałam. Pomyślałam o jednym z moich ulubionych poematów sufickich, który mówi, że dawno temu Bóg nakreślił na piasku okrąg, dokładnie wokół tego miejsca, na którym w tej chwili stoimy. Nigdy nie było tak, że tutaj nie przyjeżdżałam. To nigdy nie miało się nie zdarzyć.
– Gdzie zbudujesz swój nowy dom, Wayan? – spytałam.
Niczym dwunastoletni bejsbolista, który już od dawna miał oko na pewną konkretną rękawicę z wystawy sklepu, albo romantyczne dziewczę, które w swoje trzynaste urodziny zaprojektowało sobie ślubną sukienkę, Wayan wie już dokładnie, który kawałek ziemi chciałaby kupić. Znajdował się w pobliskiej wiosce, miał doprowadzoną wodę i prąd i był tak położony, że pacjentom i klientom łatwo byłoby dotrzeć do niej pieszo, a Tutti miałaby blisko do dobrej szkoły. Bracia pomogą wybudować dom, powiedziała. Już prawie wybierała próbki farby na ściany sypialni.
Poszłyśmy więc razem do pewnego miłego ekspatrianta z Francji, doradcy finansowego znającego się na handlu nieruchomościami, który był tak uprzejmy, żeby nam poradzić najlepszy sposób transferu pieniędzy. Najprościej było przesłać telegraficznie pieniądze bezpośrednio z mojego rachunku bankowego na rachunek Wayan i pozwolić, żeby to ona kupiła ziemię lub dom, wtedy ja sama nie wplątywałabym się w posiadanie nieruchomości na terenie Indonezji. Jeśli przekazy nie przekroczą jednorazowo dziesięciu tysięcy dolarów, to ani Urząd Skarbowy, ani CIA nie będą mnie podejrzewać o pranie narkotykowych pieniędzy. Potem udałyśmy się do malutkiego banku Wa­yan i porozmawiałyśmy z dyrektorem na temat transferu pieniędzy.
– A więc, Wayan, za kilka dni, kiedy pieniądze zostaną już przesłane, powinnaś mieć na swoim koncie około stu osiemdziesięciu milionów rupii – gładko podsumował dyrektor banku. Spojrzałyśmy z Wayan na siebie i wybuchnęłyśmy szaleńczym śmiechem. Taka kolosalna suma! Próbowałyśmy się uspokoić, bo przecież znajdowałyśmy się w wytwornym gabinecie dyrektora banku, ale nam się to nie udawało. Wytoczyłyśmy się więc stamtąd jak pijane, trzymając się jedna drugiej, żeby nie upaść.
– Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby cud się wydarzył tak szybko! – oświadczyła Wayan. – Przez cały ten czas błagałam Boga, żeby mi pomógł. A Bóg błagał Liz, żeby też pomogła Wayan.
– A Liz błagała swoich przyjaciół, żeby oni pomogli Wayan! – dodałam.
Kiedy wróciłyśmy, Tutti właśnie przyszła ze szkoły. Wayan uklękła, objęła dziewczynkę i powiedziała: „Dom! Dom! Mamy dom!” Tutti osunęła się spektakularnie na podłogę, udając omdlenie.
Śmiałyśmy się wszystkie trzy, kiedy zauważyłam przyglądające się nam z kuchni te dwie sierotki; w ich twarzach rozpoznałam coś, co wyglądało na... lęk. Podczas gdy Wayan i Tutti biegały radośnie w kółko, ja zastanawiałam się, co sobie myślą te dwie dziewczynki. Czego się boją? Że zostaną porzucone? A może patrzyły na mnie ze zgrozą, bo dosłownie znikąd wydostałam tyle pieniędzy? (Taka niewyobrażalna masa pieniędzy mogła pojawić się tylko w wyniku czarnej magii.) A może, jeśli miało się takie niepewne życie jak one, każda zmiana jest przerażająca.
Kiedy w naszym świętowaniu nastąpiła chwilowa przerwa, spytałam Wayan, żeby się upewnić:
– Co z Dużą Ketut i z Małą Ketut? Czy dla nich to też dobra nowina?
Wayan spojrzała na dziewczynki i musiała dostrzec ten niepokój, bo pomknęła ku nim, objęła i szeptała im nad główkami krzepiące słowa. Wtulone w nią uspokajały się. Zadzwonił telefon i Wayan chciała się od nich oderwać, ale one chudymi ramionkami trzymały się uparcie „przyszywanej” matki, głowy przytulały do jej brzucha i chowały pod pachami i jeszcze po długim czasie – z zawziętością, jakiej nigdy wcześniej u nich nie widziałam – się jej trzymały.
Wobec tego ja odebrałam telefon.
– Ośrodek Tradycyjnego Lecznictwa Balijskiego – rzuciłam w słuchawkę. – Proszę wpaść na wielką wyprzedaż poprzedzającą przeprowadzkę!