• część 1
  • część 2
  • część 3
  • część 4
Letter in the Mail
Był początek września 2003 roku (…) kiedy otrzymałem od Patricka z USA e-mail, który w pewnym sensie zmienił moje życie. „Moja amerykańska przyjaciółka ze studiów przyjeżdża do Rzymu na trzy miesiące. Zabierz ją na stadion, może zostać kibicem Lazio. Dałem jej twój e-mail. Skontaktuje się z tobą. Jest pisarką. Nazywa się Elizabeth Gilbert”. Myślę, że zastygłem na jakieś pięć minut wpatrzony w monitor z otwartymi ustami. Co było w tym wszystkim pozytywnego? Instynkt podpowiadał mi, że nic. (…)
Podstawowy kłopot był w tym, że ja, miłośnik połciów grillowanego mięsa, ciężkiego wina i strumieni zimnego piwa w pubie, nie do końca czułem się gotowy na picie popołudniowej herbatki z zawodową pisarką.
Która do tego na pewno jest wegetarianką i abstynentką, więc z pewnością będzie patrzyła z ukosa na moje ledwo przysmażone, szczodrze perlące się krwią befsztyki. (…)
Plan miałem taki: udawać, że nic się nie dzieje, aż do ewentualnego maila od tej pani. Potem, gdyby naprawdę się zjawiła, pomyślę, co zrobić. Jeden problem na raz.
I oto po upływie kilku dni (…) w skrzynce e-mailowej znalazłem list od Elizabeth Gilbert.
Otworzyłem z pewną dozą ciekawości.
„Cześć, wiem, że nasz wspólny przyjaciel Patrick już pisał, że się do Ciebie odezwę. Spotkamy się? Co Ty na to? Ciao. Elizabeth”.
Musiałem wymyślić nowy plan. Nie mogłem odmówić, ale musiałem znaleźć sposób na uchronienie się przed popołudniową herbatką, w czasie której zamiast mówić o muzyce, jedzeniu i piłce, będziemy musieli konwersować o różnych stylach poetyckich ostatnich czterech stuleci, bez alkoholu i na dodatek po angielsku.
Zaprzęgając do pracy cały mój intelekt, doszedłem do takiego oto cudownego rozwiązania: spotkanie późnym popołudniem na Zatybrzu, małe piwo jako aperitif, żeby sprawdzić poziom antyalkoholowej odrazy u dziewczyny, a potem kolacja w restauracji z typowo rzymskim jadłospisem. Plan doskonały, każdy by taki wymyślił.
Dla tych, co nie wiedzą: typowa rzymska kuchnia wśród swoich najmocniejszych stron ma tak zwane podroby.
Aż do stosunkowo niedawnej przeszłości wieśniacy i hodowcy, by osiągnąć największy zysk, najlepsze części zwierząt rzeźnych sprzedawali, a sobie zostawiali mniej szlachetne resztki, właśnie podroby. Dziś tendencja uległa zmianie i w Rzymie rozwija się coś w rodzaju kultu podrobów, odzyskanych z dumą jako danie tradycyjne i niewiele obecnie tańszych od polędwicy wołowej.
Jeśli biedna Elizabeth przeżyje piwny aperitif, z pewnością nie sprosta widokowi rigatoni con la pajata, czyli makaronu z jelitami ssących cieląt, w których pozostał niestrawiony do końca pokarm, tripa alla romana, czyli flaków po rzymsku, albo coda alla vaccinara, ogona wołowego. W ten sposób zaproszę ją na obiad godny rzymskiego dżentelmena i będę spokojny, że już się do mnie więcej nie odezwie.
A więc do dzieła: „Ciao, Elizabeth, miło mi Cię poznać. Co powiesz na aperitif, a potem kolację? Spotkanie o 19.00 na piazza Santa Maria in Trastevere. Stamtąd możemy już iść na piechotę. OK?”
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: „Świetnie, do zobaczenia o 19.00, piazza Santa Maria in Trastevere”.
Nawet nie pomyślałem, jak ją poznam. Może będzie jedyną kobietą stojąca o dziewiętnastej na placu, ale znacznie bardziej prawdopodobne, że zagubi się w tłumie dziewcząt i chłopców, którzy o zachodzie słońca zalegają z piwem w ręku na schodkach fontanny pośrodku jednego z najpiękniejszych i najbardziej romantycznych placów w Rzymie.
Wyruszyłem więc na połów fotek Elizabeth Gilbert w Internecie. Wiedziałem od Pata, że napisała powieść The Last American Man, która odniosła pewien sukces.
Uzbrojony w tę wskazówkę, jak wybitny śledczy ruszyłem w sieć na poszukiwanie zdjęcia, które by ją przedstawiało.
Tylko że nie nazywałem się Bond, James Bond. Ja byłem jedynie Spaghetti, Luca Spaghetti. Udało mi się znaleźć maleńką czarno-białą fotografię przedstawiającą pisarkę w towarzystwie brodatego mężczyzny, bohatera jej książki. Z tego, co udało mi się zobaczyć, sprawiała wrażenie eleganckiej, smukłej blondynki. Wyglądała bardziej na Niemkę niż Amerykankę. Jak to miałem w zwyczaju, przyjechałem nieco wcześniej, zaparkowałem skuter na viale Trastevere i wykorzystałem pozostały czas na zanurzenie się w zaułki i pooddychanie wyjątkową atmosferą jednej z najbardziej fascynujących dzielnic Rzymu. (…)
Po raz kolejny zauroczony pięknem miasta, nie zauważyłem tego wieczoru, jak nogi same poniosły mnie na piazza Santa Maria in Trastevere i nagle znalazłem się przed wspaniałym kościołem przy placu z fontanną na środku. Tylko że plac był pusty i nie było nikogo przy fontannie. A raczej siedziała tam tylko elegancko ubrana dziewczyna czytająca książkę, smukła i jasnowłosa, co upodabniało ją do Niemki. „Cazzo, to ona!”, pomyślałem.
Nie byłem gotowy. Zapomniałem, że powinienem przez cały wieczór mówić po angielsku – nie było mi jeszcze dane się dowiedzieć, o czym – a poza tym nie pomyślałem nawet o tym, gdzie iść. Powiedziałem sobie: „Zatybrze mnie uratuje”, i widząc, że jestem przed czasem, udałem turystę i zdecydowałem się na kolejną rundkę po okolicy w nadziei, że w międzyczasie Rzym mnie oświeci. W sumie jednak dobrze wróżyło, że także pisarka przyszła przed czasem. Zrobiłem mały spacer i wszedłem na plac od strony via di San Francesco a Ripa, znów stając naprzeciw kościoła i fontanny, gdzie Elizabeth wciąż siedziała, skupiona nad książką.
Podszedłem w stronę fontanny. Kiedy się zbliżałem, podniosła głowę i gdy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się. Pamiętam, jak odczytałem z jej warg: „Luca”. To był najwyższy czas, by przewietrzyć moją fantastyczną makaroniarską angielszczyznę (ciekawe, czemu nazywa się makaroniarska. W moim przypadku powinna się nazywać spageciarska): „Cześć, Elizabeth, miło mi cię poznać”.
Poszedłem na całość! Brylowałem, byłem swobodny, a przede wszystkim nieprzewidywalny. Wolę nawet nie wyobrażać sobie liczby straszliwych błędów, które popełniałem, ale pamiętam, że stopniowo czułem się coraz spokojniejszy. Swoją drogą, czym tu się przejmować?
To cudzoziemka, zostanie w mieście przez trzy miesiące (a dlaczego, cholera, aż trzy miesiące?), znajdzie swoje herbaciarnie i zaszyje się w bibliotekach i klubach dla intelektualistów, żeby czytać i pisać. Ja byłem u siebie. Jutro znów wrócę do pracy, do mojego życia z Giulianą, przyjaciółmi, rodziną, muzyką i piłką, do mojego miasta. (…)
Ruszyliśmy na spacer w nieokreślonym kierunku.
W miarę jak rozmawialiśmy, czułem, że powoli schodzi ze mnie napięcie, a Elizabeth nadal uśmiechała się do mnie tak samo ciepło jak na początku i mówiła spokojnym, melodyjnym głosem. Miała w sobie naturalność i prostotę, które mnie oczarowały i, prawdę mówiąc, nie całkiem dawały się pogodzić z moimi uprzedzeniami dotyczącymi smukłych amerykańskich blond pisarek.
Tymczasem Elizabeth najwidoczniej nie zwracała najmniejszej uwagi na mój spageciarski angielski, co więcej, uczyła się włoskiego i już mówiła w nim parę słów.
I nie miała oporów przed pokazaniem mi efektu swoich wysiłków.
Jeszcze nie byłem pewny co do mety naszej wycieczki, ale pozostając wierny powziętemu wcześniej planowi, zaproponowałem:
– Elizabeth, może siądziemy gdzieś i wypijemy piwo, zanim pójdziemy coś zjeść?
Z ufnym i spontanicznym uśmiechem odpowiedziała natychmiast:
– Jasne, z przyjemnością.
Byłem uratowany! Widmo herbatki o piątej po południu zostało przegnane raz na zawsze. Zastąpi ją coś znacznie bardziej przyjaznego i ożywczego: piwo. Przypomniałem sobie, że moja koleżanka prowadzi pub na via della Fonte d’Olio, ktora odchodzi wprost od piazza Santa Maria in Trastevere, i zaproponowałem Elizabeth pójście w to miejsce. Kiedy szliśmy, wyjaśniałem jej, dlaczego ta ulica nosi nazwę della Fonte d’Olio, czyli Źródła Oliwy. Nieświadomie stosowałem wobec niej te same tortury, których doznawałem w dzieciństwie od moich rodziców. Chyba każde rzymskie dziecko z mojego pokolenia musiało spędzić niejedną niedzielę na „wycieczce”, jak nazywali to rodzice, by zwiedzać cudowne miejsca swego miasta, które akurat w jego wieku nie mogły go mniej obchodzić.
Koloseum, Forum Romanum, Palatyn, via Appia Antica były dla mnie starymi rupieciami, które ktoś tam pozostawił nie wiadomo w jakim celu, i nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, dlaczego zamiast pozwolić mi biegać za piłką ulicami mojej dzielnicy albo oglądać w telewizji komedię z Flipem i Flapem, muszą ciągać mnie na zwiedzanie ruin, kościołów i bazylik. Wszystko to w towarzystwie mądrego głosu taty, poświęcającego się bez reszty opowiadaniu mnie i bratu – obaj byliśmy niemożliwie znudzeni – legend, podań i anegdot odnoszących się do każdego przebytego metra.
Z upływem czasu okazało się jednak, że wiele z tych „wycieczek” wyryło mi się w sercu i pamięci. Dlatego zbierając resztki wspomnień i pozostałości licealnej wiedzy z historii sztuki, próbowałem wyjaśnić Elizabeth, że w tym miejscu, gdzie teraz stoi kościół, mniej więcej dwa tysiące lat temu, a dokładniej w roku trzydziestym ósmym przed naszą era, niespodziewanie wytrysnęła spod ziemi fontanna niezidentyfikowanego bliżej oleju – niektórzy jeszcze dziś chcą wierzyć, że była to ropa naftowa – który wypływał nieprzerwanie przez cały dzień.
Zdarzenie zostało uznane za cud i dlatego w tym miejscu, w którym odkryto źródło oliwy, po łacinie fons olei, została później wybudowana bazylika Santa Maria in Trastevere, Marii Panny na Zatybrzu. Nareszcie niedzielne męki dzieciństwa okazywały się do czegoś przydatne… Dotarliśmy na miejsce. Ciepłe powietrze rzymskiego września pozwoliło nam usiąść przy stoliku pod gołym niebem. Byłem już gotowy na moje zimne, jasne, a przede wszystkim dobrze zasłużone piwo, ale zacząłem z pewnym niepokojem myśleć, co też zamówi ona. Nie wiedziałem wciąż, czy nie jest abstynentką, i istniało ryzyko, że zamówi zdrowy świeży sok z marchwi i kiwi albo sok pomidorowy czy inne cuda tego rodzaju. Jednak Elizabeth zdusiła mój niepokój w zarodku i poprosiła o zimne, jasne, a przede wszystkim dobrze zasłużone piwo.
Rozmawialiśmy coraz swobodniej, ale mój sadystyczny umysł nie tracił z pola widzenia następnego etapu: próby gastronomicznej. (…)
Trattoria znajdowała się dokładnie za rogiem, prowadzili ją rzymianie, co więcej, rzymska rodzina, menu mieli tradycyjne i mało stolików, ale że było jeszcze wcześnie, nie trzeba było rezerwacji. Znakomicie.
Zaproponowałem to miejsce Elizabeth, która (…) natychmiast przyjęła propozycję. Wypiliśmy ostatni łyk piwa, które jej postawiłem, szczęśliwy, że oszczędzono mi herbatki, i poszliśmy na kolację.
Gdy dotarliśmy na miejsce, zastanawiałem się, czemu wcześniej go nie zauważyłem. Wielkie, przeszklone wejście, równie wielkie okno, za którym widniała pojedyncza sala, w której ciasno obok siebie stało około dziesięciu stolików przykrytych papierowymi obrusami w czerwono-białą szachownicę, w większości zajętych już przez ludzi i parujące talerze. Zewnętrzne żaluzje były szare, metalowe i spuszczane, co pozwalało domyślać się, że kiedyś zamiast trattorii mieścił się tu warsztat samochodowy.
Poziom głośności wewnątrz był typowy dla trattorii prowadzonych przez rzymskie rodziny. Głośniej od i tak hałaśliwych rozmów rozweselonych winem gości rozlega się głos matrony, która recytuje dania dnia. Oniemiałem: sama Opatrzność przyprowadziła mnie dokładnie w takie miejsce, jak trzeba.
Weszliśmy i zajęliśmy miejsce przy małym stoliku.
Natychmiast pojawił się właściciel z koszykiem chleba i litrową butelką czerwonego wina z beczki. Poprosiłem o menu. Nie zapomnę nigdy porozumiewawczego spojrzenia, jakie mi rzucił, kiedy usłyszał Elizabeth mówiącą po angielsku. Wyszczerzył zęby, co należało przetłumaczyć tak: „Się rozumi! To ja tu zadbam o wszystko i zobaczysz, że ci pójdzie cacy z Amerykanką”. Miałem ochotę odpowiedzieć „Akurat. Nic żeś nie zrozumiał, ale i tak dzięki”, tylko że tłumaczenie wszystkiego Elizabeth byłoby zbyt trudne. Ograniczyłem się do odwzajemnienia uśmiechu właściciela, dając do zrozumienia, że nie o to chodzi.
Wybór nie był szeroki, ale z pewnością smakowity.
Po zaspokojeniu pierwszego głodu bruschettą z pomidorem, na początek zaproponowałem Elizabeth wybór pomiędzy spaghetti alla carbonara, bucatini all’amatriciana i penne all’arrabbiata.
Biorąc pod uwagę, że gwoździem programu miało być drugie danie, zaznaczyłem, że penne all’arrabbiata będą posiłkiem najlżejszym. W końcu jest to tylko makaron typu penne – ukośnie cięte rurki, które według mnie powinny zawsze być karbowane, nigdy gładkie, bo w ten sposób lepiej trzymają sos – wrzucone na patelnię z sosem z pomidorów pokrojonych w małe kawałeczki, oliwy, lekko zezłoconego czosnku i wielkiej ilości ostrej papryczki, elementu podstawowego, jako że „arrabbiatura” – „wściekłość” – sosu zależy jedynie od ich jakości.
Potem, wytłumaczyłem Elizabeth, jeśli się chce, można posypać wierzch startym parmezanem lub pecorino romano, twardym serem owczym.
Zamówiliśmy oboje. Po niedługim czasie na stole pojawiły się dwie szczodre porcje penne all’arrabbiata. W przeciwieństwie do mnie Elizabeth swoją pokryła jednolitą kołderką sera.
Tak, wyznaję: jedyną rzeczą, której nie trawię, jest ser na makaronie. Wiem, wiem, dla nas Włochów makaron z sosem posypany świeżo startym serem to doskonała para. Ale ja tego nie przełknę: nie może być tak, żeby wszystkie sosy miały ten sam smak!
Po zjedzeniu makaronu na naszych talerzach została wspaniała i apetyczna tafla sosu. Nie potrafiłem się oprzeć i zaproponowałem współbiesiadniczce coś, czego kodeks savoir vivre’u surowo zabrania, ale w niektórych przypadkach jest jedynym rozwiązaniem: la scarpetta.
Dla mnie zbrodnią byłoby oddanie talerza bez zanurzenia w nim kawałka chleba, by wybrać pozostały sos.
Żeby czuć się mniej skrępowany, postanowiłem przekonać Elizabeth do tego samego i, ku mojemu zaskoczeniu, przyjęła to za dobrą monetę i natarła na sos.
Byliśmy mniej więcej w połowie kolacji i dzięki wrześniowej pogodzie, a przede wszystkim dzięki ostrości sosu, wypitemu winu oraz temu, że Elizabeth jadła ze smakiem wszystko, co dostała, do reszty opadło ze mnie zdenerwowanie.
Właśnie wtedy dostaliśmy od Rzymu w podarku scenkę, jaką tylko to miasto potrafi dać. Kilka stolików dalej dwaj panowie w średnim wieku zaczęli dyskutować podniesionym głosem, a w krótkim czasie od ożywionej wymiany myśli przeszli do gwałtownej kłótni. Zaczerwienione policzki były najlepszym znakiem, że są już pijani. Oczywiście cały lokal odwrócił się, by na nich patrzeć: turyści przejęci sytuacją, rzymianie gotowi na rozrywkę. Jak wiadomo, w Rzymie z łatwością przychodzi nam przesadzać.
Dwaj panowie już stali; wyglądali, jakby mieli zaraz ruszyć na siebie z pięściami, i obrzucali się nawzajem najgorszymi obelgami z naszej rodzimej tradycji, przywołując matki i przodków, wyzywając, ile wlezie. Biedna Elizabeth wydawała się przerażona na myśl o krwi; ja wiedziałem, że się nigdy nie pobiją. Obaj zbliżali się do siebie coraz bardziej, ale nie dotykając się, i każdy wzywał obecnych, aby go powstrzymali, na miłość boską, bo inaczej zabije tego drugiego. Ale finał był już przesądzony: znikąd wyrosło czterech osiłków, którzy przytrzymali dwóch podpitych kłótników, uspokoili ich, jakby byli dziećmi, i po nalaniu im kolejnej porcji wina zmusili do podania sobie rąk, a potem odprowadzili do wyjścia i sprawdzili, że odeszli wsparci o siebie. Elizabeth była jeszcze trochę zdenerwowana, więc rozchmurzyłem ją trzema słowami: „Witaj w Rzymie”.
Brakowało mi już tak niewiele do prawdziwego mocnego punktu kolacji: tylko sekundy. Skoro jedliśmy w trattorii oferującej kuchnię domową, Elizabeth nie mogła odmówić spróbowania jakiejś historycznej rzymskiej potrawy. Wśród rożnych możliwości rzuciło mi się w oczy danie należące do najsmaczniejszych w świecie: coda alla vaccinara, czyli ogon wołowy.
Coda alla vaccinara pochodzi z regionu Regola, gdzie mieszkali garbarze skór, zwani właśnie vaccinari. Jak zawsze, nie istnieje jeden oficjalny przepis, a każdy rzymianin powie, że prawdziwą coda alla vaccinara robi tylko jego babcia, depozytariuszka sekretnej i niepowtarzalnej recepty. Wszystko, w takim czy innym wariancie, polega zazwyczaj na przyrumienieniu pociętego na kawałeczki ogona wołowego w podsmażonej na smalcu cebuli, czosnku, marchwi i selerze naciowym, by nadać mięsu aromat. Następnie wlewa się kieliszek wina i obrane ze skóry pomidory w kawałkach. Wszystko dusi się około godziny, po czym dodaje się wody i trzyma na ogniu około trzech godzin, choć są tacy, którzy uważają, że lepiej przez cztery. Ważne, by gotowy ogon był bardzo delikatny. Niektórzy utrzymują, że prawdziwy sekret polega na użyciu w równych ilościach selera i mięsa. A ja proponuję, by jeść potrawę palcami, wtedy wydobędzie się najwięcej smaku. I to wcale nie jest sekret.
Już widziałem oczami wyobraźni, jak Elizabeth grzecznie odrzuca moją propozycję albo równie grzecznie odsuwa talerz z parującym ogonem (nie, nie można powiedzieć, że to jest wymarzone jedzenie dla pisarzy).
A ostatecznym ciosem będzie dla niej widok, jak jem rękami. Tymczasem również teraz Elizabeth zaskoczyła mnie całkowicie i z uśmiechem przyjęła propozycję spróbowania coda alla vaccinara z dodatkiem gorzkiej sałaty potraktowanej lekko czosnkiem i ostrą papryką. Jednak największą satysfakcję sprawiło mi to, że po wchłonięciu z apetytem tej kulinarnej nowości z przyjemnością, którą było widać w oczach, porządna studentka rzymskich zwyczajów natychmiast wypraktykowała otrzymaną lekcję i wybrała chlebem pozostały sos: la scarpetta! Nie wierzyłem własnym oczom. Plan żałośnie upadł.
Moja nowa koleżanka nie tylko nie była nudną pisarką, abstynentką i wegetarianką, ale okazała się sympatyczna, zabawna, człowiek czuł się przy niej swobodnie, a przede wszystkim jadła i piła wszystko! Musi być jakiś hak: pomyślałem natychmiast o tym, jakie podroby mogłyby mi przyjść z pomocą w przypadku, gdyby były następne kolacje, ale szybko odsunąłem tę myśl. Nie zasługiwała na to. Co więcej, zdała egzamin celująco i dlatego zasługiwała na nagrodę: limoncello.
Wielu moich amerykańskich przyjaciół przyznawało mi się, że pierwszy raz, kiedy pili limoncello, był dla nich jak prawdziwe objawienie. Tak samo było z Elizabeth. (…)
Gdy Elizabeth skosztowała już zasłużonego trofeum, oboje poczuliśmy potrzebę zrobienia kilku kroków. Cóż może być lepszego na trawienny spacer niż Zatybrze? Potem nadeszła chwila podjęcia nowej misji: lody. Tym razem Elizabeth zaproponowała mi, żebyśmy poszli w okolice jej mieszkania, do lodziarni San Crispino niedaleko fontanny di Trevi. (…)
Robiło się późno, czerwone wino plus limoncello zaczynało działać, więc zgodziliśmy się, że czas się pożegnać. (…)
Wracając do domu, nie mogłem nie pomyśleć, że byłem nieco uprzedzony, a Elizabeth w sumie okazała się bardzo fajną dziewczyną, i musiałem uczciwie przyznać, że spędziłem z nią piękny wieczór, niespodziewanie piękny. I – tak, miałbym ochotę ją jeszcze spotkać.
Następnego dnia, postanowiłem, napiszę do niej e-mail z podziękowaniem za spacer, piwo, kolację, lody i fajne rozmowy. Zasnąłem natychmiast, nie myśląc o obowiązkach następnego dnia, co zdarza mi się niesłychanie rzadko, i kiedy rano, już siedząc w biurze, sprawdzałem pocztę, zaskoczył mnie mail od Elizabeth, która pisała:
Ciao, Luca, dzięki za piękny wieczór, za spacer, piwo, kolację, lody i fajne rozmowy. Do zobaczenia wkrótce. Liz”.
OK, Elizabeth, od dziś jesteś dla mnie Liz.