- część 1
- część 2
- część 3
- część 4
Dwóm najbłyskotliwszym znanym mi kobietom –
mojej starszej siostrze Catherine Murdock
i mojej drogiej przyjaciółce Deborah Luepnitz.
Wasz wpływ jest niewyobrażalny.
W rezultacie to właśnie pograniczu amerykańska umysłowość zawdzięcza swoje niezwykłe cechy. Surowość i siła w połączeniu ze spostrzegawczością i dociekliwością: pomysłowość i rzutkość, pozwalające błyskawicznie znaleźć doraźne rozwiązanie; tak znakomite rozeznanie w dobrach materialnych, by nie mając zapędów artystycznych, okazać niezwykłą skuteczność i dokonać rzeczy wielkich; niespokojna, gorączkowa energia; dominujący indywidualizm, sprzyjający zarówno dobru, jak i złu – to są właśnie cechy pogranicza.
Frederick Jackson Turner
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Cóż za szalone życie! Jaka świeżość istnienia! Henry Wadsworth Longfellow, rozważając możliwość napisania epickiego poematu o amerykańskim odkrywcy, Johnie Frémoncie
Zanim skończył siedem lat, Eustace Conway tak celnie rzucał nożem, że mógł przyszpilić nim pręgowca amerykańskiego do pnia drzewa. Nim skończył dziesięć, z odległości pięćdziesięciu stóp strzałą wypuszczoną z łuku trafiał biegnącą wiewiórkę. Kiedy skończył dwanaście, wybrał się z gołymi rękoma do lasu, wybudował sobie szałas i przeżył tam tydzień, odżywiając się tym, co było wokół. Kiedy skończył siedemnaście lat, wyprowadził się ostatecznie z domu rodzinnego i ruszył w góry, gdzie zamieszkał w skonstruowanym przez siebie tipi, rozpalał ogień, pocierając o siebie dwa patyki, kąpał się w lodowatych strumieniach i ubierał w skóry zwierząt, które upolował i zjadł.
A tak na marginesie – było to w 1977 roku, tym samym, w którym odbyła się premiera Wojen gwiezdnych. Mając osiemnaście lat, Eustace Conway popłynął w dół Missisipi własnoręcznie zrobionym kanoe, walcząc z wirami tak potężnymi, że mogły wessać pod wodę długie na piędziesiąt stóp drzewo i uwolnić je dopiero milę dalej. Następnego roku pokonał ciągnący się ponad dwa tysiące mil Szlak Appalachów, wędrując z Maine do Georgii, odżywiając się niemal wyłącznie tym, co upolował i zebrał po drodze. W kolejnych latach przemierzył Alpy Niemieckie (w tenisówkach), przebył kajakiem Alaskę, wspinał się na skały w Nowej Zelandii i mieszkał w Nowym Meksyku z Indianami Nawaho. Kiedy miał dwadzieścia kilka lat, postanowił zbadać dokładniej którąś z kultur pierwotnych, by nabyć jeszcze więcej najstarszych ludzkich umiejętności. Poleciał zatem do Gwatemali, wysiadł z samolotu i zaczął zadawać pytania w stylu: „Gdzie są ci ludzie pierwotni?” Wskazano mu dżunglę, przez którą wędrował wiele dni, aż dotarł do najbardziej odległej wioski Majów; wielu jej mieszkańców nigdy nie widziało człowieka o białej skórze. Spędził z nimi około pięciu miesięcy, ucząc się języka, badając religię, doskonaląc umiejętności tkackie.
Jednak najbardziej odlotową przygodę przeżył prawdopodobnie w roku 1995, kiedy to wpadło mu do głowy, by przejechać konno w poprzek Ameryki. Towarzyszyli mu młodszy brat Judson oraz bliski przyjaciel rodziny. Był to szalone, podjęte pod wpływem kaprysu przedsięwzięcie. Eustace nie miał nawet pewności, czy można, czy w ogóle wolno tak sobie jechać konno przez Amerykę. Zjadł z rodziną solidny bożonarodzeniowy obiad, przypiął broń, włożył koniowi na grzbiet osiemdziesięcioletnie siodło, które należało niegdyś do kawalerii Stanów Zjednoczonych (miejscami tak wytarte, że w czasie jazdy czuł przez nie ciepło zwierzęcia), dosiadł wierzchowca i wyruszył w drogę. Uważał, że on i jego towarzysze dotrą do Pacyfiku na Wielkanoc, choć wszyscy, którym to mówił, śmiali mu się w twarz.
Trzej jeźdźcy galopując, pokonywali dziennie około pięćdziesięciu mil. Jedli mięso zabitej przez samochody zwierzyny płowej i zupę z wiewiórek. Sypiali w stodołach i w domach pełnych podziwu miejscowych, ale kiedy zbliżali się do suchych, otwartych przestrzeni Zachodu, wieczorami zsuwali się wycieńczeni z koni i zasypiali na ziemi. Pewnego dnia omal nie rozjechał ich osiemnastokołowiec, płosząc wierzchowce na ruchliwym wiadukcie autostrady międzystanowej. W Missisipi ledwie uniknęli aresztowania za to, że nieobyczajnie świecili nagimi torsami. W San Diego uwiązali konie na trawniku pomiędzy centrum handlowym a ośmiopasmową autostradą. Tam też przenocowali, by następnego dnia po południu dotrzeć do Pacyfiku. Eustace Conway wjechał koniem wprost do wody. Do Wielkanocy zostało dziesięć godzin. Przejechał kraj w 103 dni, ustanawiając przy okazji rekord świata.
Amerykanie z wszelkich możliwych środowisk od wybrzeża do wybrzeża kraju podziwiali Eustace’a Conwaya jadącego na koniu i powtarzali smętnie: „Szkoda, że nie mogę robić tego, co ty”.
I każdemu z nich Eustace odpowiadał: „Możesz”.
Ale wybiegam tu z moją opowieścią w przyszłość.
mojej starszej siostrze Catherine Murdock
i mojej drogiej przyjaciółce Deborah Luepnitz.
Wasz wpływ jest niewyobrażalny.
W rezultacie to właśnie pograniczu amerykańska umysłowość zawdzięcza swoje niezwykłe cechy. Surowość i siła w połączeniu ze spostrzegawczością i dociekliwością: pomysłowość i rzutkość, pozwalające błyskawicznie znaleźć doraźne rozwiązanie; tak znakomite rozeznanie w dobrach materialnych, by nie mając zapędów artystycznych, okazać niezwykłą skuteczność i dokonać rzeczy wielkich; niespokojna, gorączkowa energia; dominujący indywidualizm, sprzyjający zarówno dobru, jak i złu – to są właśnie cechy pogranicza.
Frederick Jackson Turner
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Cóż za szalone życie! Jaka świeżość istnienia! Henry Wadsworth Longfellow, rozważając możliwość napisania epickiego poematu o amerykańskim odkrywcy, Johnie Frémoncie
Zanim skończył siedem lat, Eustace Conway tak celnie rzucał nożem, że mógł przyszpilić nim pręgowca amerykańskiego do pnia drzewa. Nim skończył dziesięć, z odległości pięćdziesięciu stóp strzałą wypuszczoną z łuku trafiał biegnącą wiewiórkę. Kiedy skończył dwanaście, wybrał się z gołymi rękoma do lasu, wybudował sobie szałas i przeżył tam tydzień, odżywiając się tym, co było wokół. Kiedy skończył siedemnaście lat, wyprowadził się ostatecznie z domu rodzinnego i ruszył w góry, gdzie zamieszkał w skonstruowanym przez siebie tipi, rozpalał ogień, pocierając o siebie dwa patyki, kąpał się w lodowatych strumieniach i ubierał w skóry zwierząt, które upolował i zjadł.
A tak na marginesie – było to w 1977 roku, tym samym, w którym odbyła się premiera Wojen gwiezdnych. Mając osiemnaście lat, Eustace Conway popłynął w dół Missisipi własnoręcznie zrobionym kanoe, walcząc z wirami tak potężnymi, że mogły wessać pod wodę długie na piędziesiąt stóp drzewo i uwolnić je dopiero milę dalej. Następnego roku pokonał ciągnący się ponad dwa tysiące mil Szlak Appalachów, wędrując z Maine do Georgii, odżywiając się niemal wyłącznie tym, co upolował i zebrał po drodze. W kolejnych latach przemierzył Alpy Niemieckie (w tenisówkach), przebył kajakiem Alaskę, wspinał się na skały w Nowej Zelandii i mieszkał w Nowym Meksyku z Indianami Nawaho. Kiedy miał dwadzieścia kilka lat, postanowił zbadać dokładniej którąś z kultur pierwotnych, by nabyć jeszcze więcej najstarszych ludzkich umiejętności. Poleciał zatem do Gwatemali, wysiadł z samolotu i zaczął zadawać pytania w stylu: „Gdzie są ci ludzie pierwotni?” Wskazano mu dżunglę, przez którą wędrował wiele dni, aż dotarł do najbardziej odległej wioski Majów; wielu jej mieszkańców nigdy nie widziało człowieka o białej skórze. Spędził z nimi około pięciu miesięcy, ucząc się języka, badając religię, doskonaląc umiejętności tkackie.
Jednak najbardziej odlotową przygodę przeżył prawdopodobnie w roku 1995, kiedy to wpadło mu do głowy, by przejechać konno w poprzek Ameryki. Towarzyszyli mu młodszy brat Judson oraz bliski przyjaciel rodziny. Był to szalone, podjęte pod wpływem kaprysu przedsięwzięcie. Eustace nie miał nawet pewności, czy można, czy w ogóle wolno tak sobie jechać konno przez Amerykę. Zjadł z rodziną solidny bożonarodzeniowy obiad, przypiął broń, włożył koniowi na grzbiet osiemdziesięcioletnie siodło, które należało niegdyś do kawalerii Stanów Zjednoczonych (miejscami tak wytarte, że w czasie jazdy czuł przez nie ciepło zwierzęcia), dosiadł wierzchowca i wyruszył w drogę. Uważał, że on i jego towarzysze dotrą do Pacyfiku na Wielkanoc, choć wszyscy, którym to mówił, śmiali mu się w twarz.
Trzej jeźdźcy galopując, pokonywali dziennie około pięćdziesięciu mil. Jedli mięso zabitej przez samochody zwierzyny płowej i zupę z wiewiórek. Sypiali w stodołach i w domach pełnych podziwu miejscowych, ale kiedy zbliżali się do suchych, otwartych przestrzeni Zachodu, wieczorami zsuwali się wycieńczeni z koni i zasypiali na ziemi. Pewnego dnia omal nie rozjechał ich osiemnastokołowiec, płosząc wierzchowce na ruchliwym wiadukcie autostrady międzystanowej. W Missisipi ledwie uniknęli aresztowania za to, że nieobyczajnie świecili nagimi torsami. W San Diego uwiązali konie na trawniku pomiędzy centrum handlowym a ośmiopasmową autostradą. Tam też przenocowali, by następnego dnia po południu dotrzeć do Pacyfiku. Eustace Conway wjechał koniem wprost do wody. Do Wielkanocy zostało dziesięć godzin. Przejechał kraj w 103 dni, ustanawiając przy okazji rekord świata.
Amerykanie z wszelkich możliwych środowisk od wybrzeża do wybrzeża kraju podziwiali Eustace’a Conwaya jadącego na koniu i powtarzali smętnie: „Szkoda, że nie mogę robić tego, co ty”.
I każdemu z nich Eustace odpowiadał: „Możesz”.
Ale wybiegam tu z moją opowieścią w przyszłość.
Eustace urodził się w Karolinie Południowej w 1961 roku. Conwayowie mieszkali w wygodnym podmiejskim domu, w nowej dzielnicy podobnych domów. Tuż za ich terenem ciągnął się las, niewykarczowany jeszcze pod zabudowę. Tak naprawdę był do dziki, nienaruszony, pierwotny las – człowiek nie wydeptał tam nawet jednej ścieżki, ale wciąż jeszcze żyły w nim niedźwiedzie. Właśnie do tego lasu ojciec – który również nosił imię Eustace – zabierał syna, by uczyć go rozpoznawać rośliny, ptaki i ssaki amerykańskiego Południa. Omijając grząski teren wędrowali po kniei godzinami, wpatrywali się w korony drzew i rozmawiali o kształtach liści. Takie są właśnie pierwsze wspomnienia Eustace’a: ogrom lasu; promienie słońca przesączające się przez naturalny baldachim zieleni; objaśniający głos ojca; urok takich słów, jak robinia, brzoza i tulipanowiec; nowo poznana intelektualna przyjemność uczenia się, wzmocniona wyraźnym fizycznym odczuciem, że w końcu się przewróci, jeśli będzie tak długo trzymał odchyloną do tyłu głowę, przyglądając się z zapartym tchem kolejnym drzewom.
Całej reszty uczyła go matka. Nauczyła go, w jaki sposób rozbijać obóz, jak zakładać przynętę na haczyk, rozpalać ognisko, obłaskawiać przyrodę, wyplatać z trawy powróz i znajdować glinę na dnie rzeki. Nauczyła go czytać książki o cudownych tytułach, takich jak Davy Crockett: Young Adventurer i Wildwood Wisdom. Nauczyła go zszywać skóry. Nauczyła go wykonywać każde zadanie z zapałem i dążyć do doskonałości. Jego matka nie przypominała innych matek z tamtych lat. Była nieco odważniejsza od przeciętnej mamy z amerykańskiego południu w początkach lat sześćdziesiątych. Wychowano ją jak chłopca, w obozie letnim, który jej rodzina prowadziła w Karolinie Północnej, niedaleko miejscowości Asheville położonej w Paśmie Błękitnym Applachów. Była niezłomną chłopczycą, znakomitym jeźdźcem i świetnie radziła sobie w lesie. W wieku dwudziestu dwóch lat sprzedała swój srebrny flet, by mieć pieniądze na podróż na Alaskę, gdzie mieszkała w namiocie nad rzeką, ze strzelbą i psem.
Zanim Eustace ukończył pięć lat, deweloperzy wycięli las za jego domem, jednak w niedługim czasie rodzina przeprowadziła się do większego domu na innym podmiejskim osiedlu. To było w Gastonii w Karolinie Północnej – tam też rósł gęsty las. Kiedy tylko dzieci nauczyły się chodzić, pani Conway pozwalała im biegać po lesie – boso, północnego i bez nadzoru – od świtu do zmierzchu, ile dusza zapragnie, poza kilkoma przerwami na obowiązkową szkołę i kościół (bo przecież nie wychowywała dzikusów). „Pewnie byłam złą matką”, mówi dziś pani Conway, niezbyt przekonująco.
Inne matki z Gastonii były oburzone takim sposobem wychowywania dzieci. Niektóre, bardzo zaniepokojone, dzwoniły do niej i mówiły: „Nie możesz puszczać dzieci do lasu. Przecież tam są jadowite węże!”
Trzydzieści lat później panią Conway bawi i rozczula troska tamtych kobiet. „Na miłość boską! – rzuca. – Moje dzieci zawsze potrafiły odróżnić węże jadowite od niejadowitych! Nic im tam nie groziło”.
Krótko mówiąc, historia Ameryki jest taka: było pogranicze, potem go już nie było. Wszystko to stało się dość szybko. Byli Indianie, nagle przyszli odkrywcy, po nich zjawili się osadnicy, wyrosły miasteczka, potem miasta. Nikt tak naprawdę nie zwracał uwagi na dziką przyrodę, dopóki nie została ujarzmiona, a wtedy wszyscy zapragnęli jej powrotu. Wraz z ogólnym przypływem nostalgii (Buffalo Bill’s Wild West Show, obrazy z kowbojami pędzla Frederika Remingtona) pojawiła się bardzo konkretna, kulturowa kwestia zawarta w podszytym niepokojem pytaniu: Co się stanie z naszymi chłopcami?
Problem tkwił w tym, że o ile klasyczna europejska opowieść o dorastaniu przedstawiała chłopca z prowincji, który przeprowadza się do miasta i staje wytwornym dżentelmenem, o tyle tradycja amerykańska ewoluowała w kierunku przeciwnym. Chłopiec amerykański dorastał, opuszczając cywilizację i ruszając w góry. Tam zrzucał z siebie kosmopolityczne obyczaje i stawał się silnym i sprawnym mężczyzną. Zważcie tylko, nie dżentelmenem, ale mężczyzną.
Był to szczególny gatunek mężczyzny, ten wychowany w głuszy Amerykanin. Nie był intelektualistą. Nie interesowała go nauka ani głębsze przemyślenia. Charakteryzowała go, jak zauważył Tocqueville, „swego rodzaju odraza do tego, co dawne”. Można go postrzegać stereotypowo, tak jak odkrywca John Frémont widział superpioniera Kita Carsona, „gnającego przez prerię z gołą głową na pięknym koniu bez siodła”. Albo jest to mężczyzna, który potężnym toporem, od niechcenia „powala na ziemię cedry i dęby”, jak zauważył pewien będący pod wrażeniem dziewiętnastowieczny podróżnik z obcego kraju.
Całej reszty uczyła go matka. Nauczyła go, w jaki sposób rozbijać obóz, jak zakładać przynętę na haczyk, rozpalać ognisko, obłaskawiać przyrodę, wyplatać z trawy powróz i znajdować glinę na dnie rzeki. Nauczyła go czytać książki o cudownych tytułach, takich jak Davy Crockett: Young Adventurer i Wildwood Wisdom. Nauczyła go zszywać skóry. Nauczyła go wykonywać każde zadanie z zapałem i dążyć do doskonałości. Jego matka nie przypominała innych matek z tamtych lat. Była nieco odważniejsza od przeciętnej mamy z amerykańskiego południu w początkach lat sześćdziesiątych. Wychowano ją jak chłopca, w obozie letnim, który jej rodzina prowadziła w Karolinie Północnej, niedaleko miejscowości Asheville położonej w Paśmie Błękitnym Applachów. Była niezłomną chłopczycą, znakomitym jeźdźcem i świetnie radziła sobie w lesie. W wieku dwudziestu dwóch lat sprzedała swój srebrny flet, by mieć pieniądze na podróż na Alaskę, gdzie mieszkała w namiocie nad rzeką, ze strzelbą i psem.
Zanim Eustace ukończył pięć lat, deweloperzy wycięli las za jego domem, jednak w niedługim czasie rodzina przeprowadziła się do większego domu na innym podmiejskim osiedlu. To było w Gastonii w Karolinie Północnej – tam też rósł gęsty las. Kiedy tylko dzieci nauczyły się chodzić, pani Conway pozwalała im biegać po lesie – boso, północnego i bez nadzoru – od świtu do zmierzchu, ile dusza zapragnie, poza kilkoma przerwami na obowiązkową szkołę i kościół (bo przecież nie wychowywała dzikusów). „Pewnie byłam złą matką”, mówi dziś pani Conway, niezbyt przekonująco.
Inne matki z Gastonii były oburzone takim sposobem wychowywania dzieci. Niektóre, bardzo zaniepokojone, dzwoniły do niej i mówiły: „Nie możesz puszczać dzieci do lasu. Przecież tam są jadowite węże!”
Trzydzieści lat później panią Conway bawi i rozczula troska tamtych kobiet. „Na miłość boską! – rzuca. – Moje dzieci zawsze potrafiły odróżnić węże jadowite od niejadowitych! Nic im tam nie groziło”.
Krótko mówiąc, historia Ameryki jest taka: było pogranicze, potem go już nie było. Wszystko to stało się dość szybko. Byli Indianie, nagle przyszli odkrywcy, po nich zjawili się osadnicy, wyrosły miasteczka, potem miasta. Nikt tak naprawdę nie zwracał uwagi na dziką przyrodę, dopóki nie została ujarzmiona, a wtedy wszyscy zapragnęli jej powrotu. Wraz z ogólnym przypływem nostalgii (Buffalo Bill’s Wild West Show, obrazy z kowbojami pędzla Frederika Remingtona) pojawiła się bardzo konkretna, kulturowa kwestia zawarta w podszytym niepokojem pytaniu: Co się stanie z naszymi chłopcami?
Problem tkwił w tym, że o ile klasyczna europejska opowieść o dorastaniu przedstawiała chłopca z prowincji, który przeprowadza się do miasta i staje wytwornym dżentelmenem, o tyle tradycja amerykańska ewoluowała w kierunku przeciwnym. Chłopiec amerykański dorastał, opuszczając cywilizację i ruszając w góry. Tam zrzucał z siebie kosmopolityczne obyczaje i stawał się silnym i sprawnym mężczyzną. Zważcie tylko, nie dżentelmenem, ale mężczyzną.
Był to szczególny gatunek mężczyzny, ten wychowany w głuszy Amerykanin. Nie był intelektualistą. Nie interesowała go nauka ani głębsze przemyślenia. Charakteryzowała go, jak zauważył Tocqueville, „swego rodzaju odraza do tego, co dawne”. Można go postrzegać stereotypowo, tak jak odkrywca John Frémont widział superpioniera Kita Carsona, „gnającego przez prerię z gołą głową na pięknym koniu bez siodła”. Albo jest to mężczyzna, który potężnym toporem, od niechcenia „powala na ziemię cedry i dęby”, jak zauważył pewien będący pod wrażeniem dziewiętnastowieczny podróżnik z obcego kraju.
Rzeczywiście dla przybywających zza oceanu w osiemnastym i dziewiętnastym stuleciu sama postać Amerykanina stanowiła prawdziwą atrakcję turystyczną, niemal równie fascynującą jak wodospad Niagara lub ambitny nowy system dróg żelaznych, lub egzotyczni Indianie. Oczywiście nie wszyscy wpadali w zachwyt. („Nie ma zapewne ludzi, łącznie z Francuzami, którzy byliby tak próżni jak Amerykanie”, biadolił pewien brytyjski obserwator w roku 1818. „Amerykanie uważają, że żaden obcokrajowiec nie może ich niczego nauczyć i że są chodzącymi encyklopediami”.) Pomijając także uwagi, niemal wszyscy byli zgodni, że Amerykanin to nowy gatunek istoty ludzkiej i że charakteryzuje go wyjątkowa zaradność, dzięki której zdołał wyrwać Nowy Świat ze stanu pierwotnej dzikości. Nieskrępowani klasowymi ograniczeniami, biurokracją i nędzą miast, Amerykanie po prostu robili w jeden dzień więcej niż można było sobie wyobrazić. W tym właśnie rzecz: ci faceci pracowali niewiarygodnie szybko.
Urodzony w Niemczech Gottfried Duden, który podróżował na Zachód w 1824 roku, by tam szukać odpowiednich terenów dla niemieckich rodzin zainteresowanych emigracją do Ameryki, zdumiony napisał do kraju: „W Ameryce Północnej budowy, które w krajach europejskich ciągną się przez stulecia, trwają kilka lat, dzięki dobrowolnej współpracy pojedynczych obywateli”. Na przykład podczas pobytu Dudena farmerzy z Ohio budowali długi na 230 mil kanał, bez pomocy jednego choćby inżyniera. Duden widział „piękne miasta” kwitnące w miejscach, gdzie dwa lata wcześniej nie było nawet osady. Widział nowe drogi, nowe mosty, „Tysiące nowych gospodarstw” i „kolejne sto parowców”... wszystko nowiutkie, ręcznie wykonane, pomysłowo zaprojektowane i idealnie działające. Jeśli Amerykanin czegoś potrzebował, po prostu doprowadzał do powstania tego.
Pojęcie śmiałego i kompetentnego obywatela Nowego Świata było niezwykle atrakcyjne. Angielska podróżniczka, dziennikarka i pisarka Isabel Bird, znana z chłodnej i bezstronnej narracji, nie mogła się powstrzymać od okrzyku zachwytu, kiedy podczas swojej podróży w latach pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku obejrzała sobie amerykańskich szorstkich twardzieli:
„Nie sposób dać wyobrażenie «Mężczyzn Zachodu» komuś, kto nie widział przynajmniej jednego z nich (...) wysocy, przystojni, z szeroką klatką piersiową, wysportowani, z orlimi nosami, przenikliwym spojrzeniem szarych oczu, falującymi brązowymi włosami i brodami. Ubrani w skórzane kurtki, skórzane spodnie, wysokie buty ze zdobionymi cholewkami, srebrne ostrogi, a na głowach szkarłatne chustki, przeszyte nieco zmatowiałą złotą nitką, bez wątpienia dary jakichś ślicznotek oczarowanych tymi przystojniakami o beztroskim sposobie bycia myśliwych. Swoją obecnością przeganiali nudę; potrafili opowiadać różne historie, wygwizdywać melodie i śpiewać (...). Pogodni, weseli ludzie, opowiadający barwne historie z życia Zachodu, rycerscy w sposobie bycia i wolni jak wiatr”.
Słuchajcie, mnie tam nie było. Trudno orzec, ile z tej opowieści opiera się na prawdzie, a ile jest wytworem nieprzepartej chęci przedstawienia cudzoziemskiej prasie kolejnej rewelacji. Wiem natomiast, że my, Amerykanie, kupiliśmy tę blagę. Kupiliśmy i dodawaliśmy do bogatego w składniki gulaszu uwarzonej przez nas samych mitologii, aż upichciliśmy doskonale uniwersalną koncepcję tego, kto jest amerykańskim mężczyzną i skąd się wziął. Amerykaninem był Pecos Bill. Zmieniał bieg rzek z pomocą swojego potężnego siwego wołu, ujeżdżał dzikie konie, używając grzechotników jako wodzy, był wszechmocnym bohaterem stworzonym przez odkrywczą łączność z pograniczem. Wszyscy o tym wiedzieli.
Frederic Jackson Turner nie był więc jedyną osobą, która się zaniepokoiła, kiedy w roku 1890 Biuro do Spraw Spisu Ludności oficjalnie ogłosiło, że amerykańskie pogranicze zostało zlikwidowane. Był natomiast pierwszą osobą, która zapytała, co ta likwidacja będzie oznaczać dla przyszłych pokoleń. Jego niepokój rozprzestrzenił się, stawiano co coraz więcej pytań. Jeśli zabraknie tego poligonu – Dzikiego Zachodu, to co będzie z naszymi chłopcami?
Mogą się przecież stać zniewieściałymi, rozgrymaszonymi dekadentami.
A nawet, nie daj Boże, mogą się stać Europejczykami.
Urodzony w Niemczech Gottfried Duden, który podróżował na Zachód w 1824 roku, by tam szukać odpowiednich terenów dla niemieckich rodzin zainteresowanych emigracją do Ameryki, zdumiony napisał do kraju: „W Ameryce Północnej budowy, które w krajach europejskich ciągną się przez stulecia, trwają kilka lat, dzięki dobrowolnej współpracy pojedynczych obywateli”. Na przykład podczas pobytu Dudena farmerzy z Ohio budowali długi na 230 mil kanał, bez pomocy jednego choćby inżyniera. Duden widział „piękne miasta” kwitnące w miejscach, gdzie dwa lata wcześniej nie było nawet osady. Widział nowe drogi, nowe mosty, „Tysiące nowych gospodarstw” i „kolejne sto parowców”... wszystko nowiutkie, ręcznie wykonane, pomysłowo zaprojektowane i idealnie działające. Jeśli Amerykanin czegoś potrzebował, po prostu doprowadzał do powstania tego.
Pojęcie śmiałego i kompetentnego obywatela Nowego Świata było niezwykle atrakcyjne. Angielska podróżniczka, dziennikarka i pisarka Isabel Bird, znana z chłodnej i bezstronnej narracji, nie mogła się powstrzymać od okrzyku zachwytu, kiedy podczas swojej podróży w latach pięćdziesiątych dziewiętnastego wieku obejrzała sobie amerykańskich szorstkich twardzieli:
„Nie sposób dać wyobrażenie «Mężczyzn Zachodu» komuś, kto nie widział przynajmniej jednego z nich (...) wysocy, przystojni, z szeroką klatką piersiową, wysportowani, z orlimi nosami, przenikliwym spojrzeniem szarych oczu, falującymi brązowymi włosami i brodami. Ubrani w skórzane kurtki, skórzane spodnie, wysokie buty ze zdobionymi cholewkami, srebrne ostrogi, a na głowach szkarłatne chustki, przeszyte nieco zmatowiałą złotą nitką, bez wątpienia dary jakichś ślicznotek oczarowanych tymi przystojniakami o beztroskim sposobie bycia myśliwych. Swoją obecnością przeganiali nudę; potrafili opowiadać różne historie, wygwizdywać melodie i śpiewać (...). Pogodni, weseli ludzie, opowiadający barwne historie z życia Zachodu, rycerscy w sposobie bycia i wolni jak wiatr”.
Słuchajcie, mnie tam nie było. Trudno orzec, ile z tej opowieści opiera się na prawdzie, a ile jest wytworem nieprzepartej chęci przedstawienia cudzoziemskiej prasie kolejnej rewelacji. Wiem natomiast, że my, Amerykanie, kupiliśmy tę blagę. Kupiliśmy i dodawaliśmy do bogatego w składniki gulaszu uwarzonej przez nas samych mitologii, aż upichciliśmy doskonale uniwersalną koncepcję tego, kto jest amerykańskim mężczyzną i skąd się wziął. Amerykaninem był Pecos Bill. Zmieniał bieg rzek z pomocą swojego potężnego siwego wołu, ujeżdżał dzikie konie, używając grzechotników jako wodzy, był wszechmocnym bohaterem stworzonym przez odkrywczą łączność z pograniczem. Wszyscy o tym wiedzieli.
Frederic Jackson Turner nie był więc jedyną osobą, która się zaniepokoiła, kiedy w roku 1890 Biuro do Spraw Spisu Ludności oficjalnie ogłosiło, że amerykańskie pogranicze zostało zlikwidowane. Był natomiast pierwszą osobą, która zapytała, co ta likwidacja będzie oznaczać dla przyszłych pokoleń. Jego niepokój rozprzestrzenił się, stawiano co coraz więcej pytań. Jeśli zabraknie tego poligonu – Dzikiego Zachodu, to co będzie z naszymi chłopcami?
Mogą się przecież stać zniewieściałymi, rozgrymaszonymi dekadentami.
A nawet, nie daj Boże, mogą się stać Europejczykami.
Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz spotkałam Eustace’a w Nowym Jorku. Był rok 1993.
Poznałam go dzięki jego bratu Judsonowi, który jest kowbojem. Pracowałam kiedyś z Judsonem na ranczu położonym w Górach Skalistych stanu Wyoming. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i zachowywałam się, jakbym była zaganiaczką bydła... co wymagało niezłego udawania, zważywszy na krępujący fakt, że w rzeczywistości wcześniej należałam do drużyny hokeja na trawie w Connecticut. Znalazłam się jednak w Wyomingu, bo poszukiwałam wiedzy i autentyzmu, których moim zdaniem nie można było znaleźć nigdzie indziej, jak tylko na amerykańskim pograniczu, a w każdym razie na tym, co jeszcze z niego pozostało. Szukałam tego amerykańskiego pogranicza równie gorliwie jak dwadzieścia lat wcześniej szukali go moi rodzice, kiedy kupili trzy akry ziemi w Nowej Anglii i udawali, że są pionierami... trzymali kury i kozy i mieli pasiekę, sami wytwarzali całą żywność, szyli nasze ubrania, myli nam włosy w beczce z deszczówką i ogrzewali dom (a raczej tylko jego dwa pokoje) własnoręcznie rąbanym drewnem. Moi rodzice dali mnie i mojej siostrze tak surowe dziewiętnastowieczne wychowanie, na jakie tylko było ich stać, choć przecież żyliśmy w czasach Reagana, w jednej z najzamożniejszych społeczności Connecticut i nasz mały farmerski dom żywcem wyjęty z pogranicza stał przy jednej z głównych autostrad, ledwie milę od eleganckich terenów rekreacyjnych z polem golfowym.
No i co z tego? Moją siostrę i mnie zachęcano do ignorowania tej rzeczywistości. Zbierałyśmy jagody w rowach przy autostradzie, ubrane w ręcznie uszyte sukienki, podczas gdy obok pędziły samochody osobowe, a osiemnastokołowe ciężarówki wstrząsały ziemią. Szłyśmy do szkoły z mlekiem, zaschniętym na rękawach, bo rano doiłyśmy kozy. Nauczono nas, żebyśmy nie zwracały uwagi na wartości otaczającej nas kultury, a koncentrowały się na uświęconej starszej amerykańskiej zasadzie: Miejsce zaradności jest tuż obok pobożności.
Nie ma się zatem czemu dziwić, że kiedy miałam dwadzieścia dwa lata, doszłam do wniosku, że nie usatysfakcjonuje mnie pójście na studia ani zdobywanie jakiegoś szacownego zawodu. Miałam inne aspiracje. Chciałam poznać granice własnej zaradności, a tego, jak sądziłam, mogłam dokonać tylko w Wyomingu. Zainspirował mnie przykład własnych rodziców oraz poruszająca rada Walta Whitmana dla amerykańskich chłopców z dziewiętnastego stulecia: „Nie pnij się już dłużej po podręcznikach! Wstąp do własnego kraju! Rusz na Zachód i na Południe! Idź pomiędzy mężczyzn, zgodnie z męskim duchem! Ujeżdżaj konie, zostań dobrym strzelcem i silnym wioślarzem”.
Udałam się do Wyomingu, innymi słowy, postanowiłam zrobić z siebie mężczyznę.
Uwielbiałam pracę na ranczu. Bywałam kucharką na szlaku. Jeździłam konno w głuszę, przesiadywałam przy ogniskach, piłam i opowiadałam przeróżne historie, przeklinałam i nabrałam odpowiedniego akcentu – po prostu wykonywałam klasyczny popis fałszywej autentyczności. Kiedy ludzie z Wyomingu pytali mnie, skąd pochodzę, mówiłam: „Z Lubbock w Teksasie”. Dopóki nikt nie zadał bardziej szczegółowego pytania, mogłam spokojnie uchodzić za najprawdziwszą kowbojkę. Inni pracownicy rancza nadali mi przezwisko godne kowbojki – nazywali mnie Strzałką – od białej strzałki na końskim łbie.
Ale tylko dlatego, że ich o to poprosiłam...
Byłam skończoną i skrupulatną mistyfikatorką. Uważam jednak, że ta mistyfikacja była moim prawem i przywilejem jako młodej amerykańskiej obywatelki. Postępowałam zgodnie z narodowym rytuałem. Byłam nie większą podróbką niż Teddy Roosevelt stulecie wcześniej, kiedy opuścił Nowy Jork jako rozpieszczony dandys i ruszył na Zachód, by stać się krzepkim mężczyzną. Słał do domu listy, z których aż bije samozadowolenie i chęć wywarcia wrażenia, kiedy chełpi się swoimi doświadczeniami i garderobą prawdziwego macho. („Ubawiłbyś się, widząc mnie – napisał do przyjaciela na Wschodzie – w sombrero z szerokim rondem, w skórkowej koszuli z frędzlami i paciorkami, skórzanymi chaparajos, czyli spodniami bez siedzenia do końskiej jazdy, butami z krowiej skóry, z plecioną uzdą i srebrnymi ostrogami”). Znam ten list. Sama taki napisałam, dziesiątki razy, do dziesiątków różnych ludzi. („W zeszłym tygodniu kupiłam sobie buty ze skóry grzechotnika – pochwaliłam się w 1991 roku, w liście z rancza do rodziców – i zeszmaciłam je kompletnie przy pracach w zagrodzie, ale co tam, po to one przecież są”).
Spotkałam Judsona Conwaya tego samego dnia, którego przyjechałam na ranczo. Był pierwszą osobą, na którą padł mój wzrok po długiej jeździe samochodem na tę wielką górę Wyoming, i w pewnym sensie się w nim zakochałam. To nie było uczucie w stylu: „Pobierzmy się!”, tylko: „Litości!” Ponieważ w tym momencie on tam po prostu był: smukły, przystojny, nieco ukryty pod kowbojskim kapeluszem i ponętnie zakurzony. Wystarczyło, że przeszedł obok mnie tym seksownym zawadiackim krokiem (wykonanym w klasyczny hollywoodzki sposób: „Pani wybaczy, ale dopiero co wróciłem z długiej przejażdżki”) i już byłam jego wyznawczynią.
Poznałam go dzięki jego bratu Judsonowi, który jest kowbojem. Pracowałam kiedyś z Judsonem na ranczu położonym w Górach Skalistych stanu Wyoming. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i zachowywałam się, jakbym była zaganiaczką bydła... co wymagało niezłego udawania, zważywszy na krępujący fakt, że w rzeczywistości wcześniej należałam do drużyny hokeja na trawie w Connecticut. Znalazłam się jednak w Wyomingu, bo poszukiwałam wiedzy i autentyzmu, których moim zdaniem nie można było znaleźć nigdzie indziej, jak tylko na amerykańskim pograniczu, a w każdym razie na tym, co jeszcze z niego pozostało. Szukałam tego amerykańskiego pogranicza równie gorliwie jak dwadzieścia lat wcześniej szukali go moi rodzice, kiedy kupili trzy akry ziemi w Nowej Anglii i udawali, że są pionierami... trzymali kury i kozy i mieli pasiekę, sami wytwarzali całą żywność, szyli nasze ubrania, myli nam włosy w beczce z deszczówką i ogrzewali dom (a raczej tylko jego dwa pokoje) własnoręcznie rąbanym drewnem. Moi rodzice dali mnie i mojej siostrze tak surowe dziewiętnastowieczne wychowanie, na jakie tylko było ich stać, choć przecież żyliśmy w czasach Reagana, w jednej z najzamożniejszych społeczności Connecticut i nasz mały farmerski dom żywcem wyjęty z pogranicza stał przy jednej z głównych autostrad, ledwie milę od eleganckich terenów rekreacyjnych z polem golfowym.
No i co z tego? Moją siostrę i mnie zachęcano do ignorowania tej rzeczywistości. Zbierałyśmy jagody w rowach przy autostradzie, ubrane w ręcznie uszyte sukienki, podczas gdy obok pędziły samochody osobowe, a osiemnastokołowe ciężarówki wstrząsały ziemią. Szłyśmy do szkoły z mlekiem, zaschniętym na rękawach, bo rano doiłyśmy kozy. Nauczono nas, żebyśmy nie zwracały uwagi na wartości otaczającej nas kultury, a koncentrowały się na uświęconej starszej amerykańskiej zasadzie: Miejsce zaradności jest tuż obok pobożności.
Nie ma się zatem czemu dziwić, że kiedy miałam dwadzieścia dwa lata, doszłam do wniosku, że nie usatysfakcjonuje mnie pójście na studia ani zdobywanie jakiegoś szacownego zawodu. Miałam inne aspiracje. Chciałam poznać granice własnej zaradności, a tego, jak sądziłam, mogłam dokonać tylko w Wyomingu. Zainspirował mnie przykład własnych rodziców oraz poruszająca rada Walta Whitmana dla amerykańskich chłopców z dziewiętnastego stulecia: „Nie pnij się już dłużej po podręcznikach! Wstąp do własnego kraju! Rusz na Zachód i na Południe! Idź pomiędzy mężczyzn, zgodnie z męskim duchem! Ujeżdżaj konie, zostań dobrym strzelcem i silnym wioślarzem”.
Udałam się do Wyomingu, innymi słowy, postanowiłam zrobić z siebie mężczyznę.
Uwielbiałam pracę na ranczu. Bywałam kucharką na szlaku. Jeździłam konno w głuszę, przesiadywałam przy ogniskach, piłam i opowiadałam przeróżne historie, przeklinałam i nabrałam odpowiedniego akcentu – po prostu wykonywałam klasyczny popis fałszywej autentyczności. Kiedy ludzie z Wyomingu pytali mnie, skąd pochodzę, mówiłam: „Z Lubbock w Teksasie”. Dopóki nikt nie zadał bardziej szczegółowego pytania, mogłam spokojnie uchodzić za najprawdziwszą kowbojkę. Inni pracownicy rancza nadali mi przezwisko godne kowbojki – nazywali mnie Strzałką – od białej strzałki na końskim łbie.
Ale tylko dlatego, że ich o to poprosiłam...
Byłam skończoną i skrupulatną mistyfikatorką. Uważam jednak, że ta mistyfikacja była moim prawem i przywilejem jako młodej amerykańskiej obywatelki. Postępowałam zgodnie z narodowym rytuałem. Byłam nie większą podróbką niż Teddy Roosevelt stulecie wcześniej, kiedy opuścił Nowy Jork jako rozpieszczony dandys i ruszył na Zachód, by stać się krzepkim mężczyzną. Słał do domu listy, z których aż bije samozadowolenie i chęć wywarcia wrażenia, kiedy chełpi się swoimi doświadczeniami i garderobą prawdziwego macho. („Ubawiłbyś się, widząc mnie – napisał do przyjaciela na Wschodzie – w sombrero z szerokim rondem, w skórkowej koszuli z frędzlami i paciorkami, skórzanymi chaparajos, czyli spodniami bez siedzenia do końskiej jazdy, butami z krowiej skóry, z plecioną uzdą i srebrnymi ostrogami”). Znam ten list. Sama taki napisałam, dziesiątki razy, do dziesiątków różnych ludzi. („W zeszłym tygodniu kupiłam sobie buty ze skóry grzechotnika – pochwaliłam się w 1991 roku, w liście z rancza do rodziców – i zeszmaciłam je kompletnie przy pracach w zagrodzie, ale co tam, po to one przecież są”).
Spotkałam Judsona Conwaya tego samego dnia, którego przyjechałam na ranczo. Był pierwszą osobą, na którą padł mój wzrok po długiej jeździe samochodem na tę wielką górę Wyoming, i w pewnym sensie się w nim zakochałam. To nie było uczucie w stylu: „Pobierzmy się!”, tylko: „Litości!” Ponieważ w tym momencie on tam po prostu był: smukły, przystojny, nieco ukryty pod kowbojskim kapeluszem i ponętnie zakurzony. Wystarczyło, że przeszedł obok mnie tym seksownym zawadiackim krokiem (wykonanym w klasyczny hollywoodzki sposób: „Pani wybaczy, ale dopiero co wróciłem z długiej przejażdżki”) i już byłam jego wyznawczynią.